Rozmowa z tkaczkami - Krystyną Nakonieczną i Janiną Furtak 
Rozmowa z tkaczkami - Krystyną Nakonieczną (KN) z Borysowa i Janiną Furtak (JFu) z Bałtowa zarejestrowana 30 września 2011 roku.
Wywiad został przeprowadzony przez Martę Graban-Butryn (MG) oraz Karolinę Waszczuk (KW) w ramach projektu Letnia Szkoła Tkactwa Tradycyjnego. Wybrane ośrodki tkackie.
Krystyna Nakonieczna : Nazywam się Nakonieczna Krystyna, pochodzę z Borysowa, teraz, a w ogóle to przyszłam z Zagród do Borysowa. W Borysowie już mieszkam ponad pięćdziesiąt lat. Prowadzę tkactwo. Jak wstępowałam do Stowarzyszenia Twórców Ludowych to przechodziłam z plecionkarstwa rogożynowego […] plecionkarstwo to było od sześćdziesiątego roku jak przyszłam tutaj. Taka Spółdzielnia „Wikliniarka” z Kazimierza Dolnego przyprowadziły do nas tutaj jakieś Panie, które uczyły nas tego splotu. A tkactwem po prostu, tak ja jak i moja siostrunia zajmowaliśmy się prawie od młodych lat, bo przecież na wsi to kiedyś tylko aby jeden szczęk był tych międlic, cierlic. To, które tam już starsze rodzeństwo to pomagało mamie, a my bawiliśmy się tam w tych odpadach co tam podleciało. I tak się tworzyło. W najsampierw to tylko aby na warsztacie, bo do przędzenia to nie dopuszczały. Ja miałam dwie starsze siostry to przecież mnie nie wolno było siąść przy kołowrotku i prząść, bo jak tam poszły do obrządku, jak ja wpadłam to mama jak przyszła mówi: „Już żeś nagluciła”. No wiadomo, jak nie umiałam to ciągnęłam jak poleciało. W jednym miejscu cienkie, w drugim grube. I prząść to się przyznam, że ładnie nie umiem prząść do tej pory. Nie przędłam. Później tutaj jak wyszłam za mąż też nie przędłam, bo teściowa przędła. Teściowa bardzo ładnie przędła, cieniutko, i len i wełnę. A ja tylko tyle co robię na warsztacie. Tak pozostało do dziś.
Janina Furtak: Ja się nazywam Janina Furtak. Obecnie mieszkam w Bałtowie, już koło pięćdziesięciu lat. No i cóż powiem, tak samo jak i somsiadka, wszystko. Jak były takie czasy, jarmak, w środę to był jarmak i rodzice jeździlido Puław na jarmak wozem. O to wtedy już laba była, bo warsztat stał pusty i jak wpadłam i och robiłam, pewnie, że robiłam nie tak jak mamusia tylko gorzej no bo młody człowiek nie umiał. Był brat, rąbał drzewo, usłyszał, że ja chlapie, przyszedł, wchrzanił mi trochę. Popłakałam, no i wyszłam z warsztatu, on poszedł rąbać drzewa. Jak w groch, tak trzy razy wtedy dostałam, ale urobiłam meter tego płótna. Przyjechała mamusia, ja się poskarżyłam, a on jeszcze pierwsze poskarżył, że „Zepsuła, mamo, zepsuła ci, zepsuła, na warsztacie kłapała!”. Przyszła mamusia, pochwaliła mnie, że dobrze. Ale jak był warsztat to tak, myśmy musieli albo wić te motki, mniejsze dzieci, albo cywki wić do tego jak się płótno robiło, albo szmatki ciąć na gałganiarze, na chodniki. Te dzieci to miały dużo, dużo roboty. To już naganiały nasz do tej roboty. I tak jak się wpisałam do tego Stowarzyszenia, bo to już są zanikające zawody, już mało kto robi. I tak pozostało do dziś, że co zimę się trochę zrobi, bo tera też warsztat w domu będę zakładać. To w zimę się trochę robi, bo trza na wystawę dać. Przecież w okręgu teraz będzie wystawa, a to tam wołają gdzieś do Częstochowy śmy wysyłali, do Zamościa, do Opola. […] Warsztat to był, każdy musiał, po babci, prababci na tą koszulę, bo koszule były lniane, kalesony, płachty, mamusia moja pamiętam jak szyła bratom ubranka. Farbowała ten len na jakiś tam kolor i była krawcową i szyła ubranka.
LEN
KW: Skąd brany był len?
JFu: Len się siało. Sieje się len na wiosnę, w polu, piele się go. On urasta. Kiedyś niby żniwa i się go wyrywa, obija się go najpierw z nasienia. Bo to nasienie szło na olej. […] Później trza go było moczyć dużo w wodzie, żeby on aż zmiękł, żeby można go było połamać, to paździura były. Później się międliło, pocierało, motki takie się robiło. I już się te motki wiło, oj to tak się prało to w potockach takich. […] To było dużo, bardzo dużo, cały rok z tym lnem było roboty. A my teraz to robimy na kupcych niciach i już się tego nie przędzie. […] Ten len jak się wyrwie ma takie łebki, a tu ma nasiona to się go obija, obija, bo to ziarenka służą do siania, na olej kiedyś się robiło bardzo dużo oleju, bo to posty, posty były przecież długie całą zimę. A później jak już się obije to już się go moczy. Do wody się jedzie, moczy się go i on po wyjściu z wody to musi wyglądać tak, żeby te paździura o, żeby paździura wyleciały, a włókno zostało. Później już jak się na międlicy się międli, a na cierlicy do czysta się to robi tak, do czysta. I się tak, żeby te paździura wyleciały, a później się robi na szczotkę. Tak się czesze, żeby to ładna kądziel była. Po cieszeniu już się robi taką babe jagę, na prządki, na korowrótek i się przędzie. Ładnie się tak owija, owija, owija i się przędzie. Po przędzeniu to się na motowidło te nitki ze szpulka się bierze na motowidło i się mota. Później się już pierze, tak? […] Pierze się […]
KN: W takiej potoczce się układa motki surowe, takie tylko uprzędzone i tak jak mówiłam w zależności jaka rodzina jest. Jak jest duża to będzie pełna beczka. Jak jest mniejsza rodzina to i te beczki miały mniejsze. Tam w środku jest otwór, dziura taka, a pod tą beczkę się sadzało taki saflik, a w to dziurę się wciągało ze słomy, taki wichuć słomy tam się wsadzało i tu się przykrywało potem fartuchem, na fartuch się sypało popiół i gotowano wodo się przelewało. Przelewało się, bo to tu jak się lało to wiadomo tym knotem woda uciekała do tego szaflika i z tego szaflika to wode trza było wynosić na dwór wylewać i świeżo tutaj nalewać, ale zawsze gotującą, zawsze gotującą. I już jak ten kartofelek tam się w tych motkach się ugotował, że był mietki to mówiliśmy, że już motki są upotoczane. Wtedy to już zostawało do rana, a rano się wybierało w koszyki od kartofli i na wóz i tam czy ojciec, czy mąż, czy kto tam był pod ręką jechał do wody. To już było styczeń, były duże mrozy, bo to tak przeważnie do stycznia było, później musiał robić przeręble, deski się kładło i się prało. Prało się do czyściutkiej wody. Jak się płukało, żeby z tej szmaty czysta woda leciała, z tych motków. Po przywiezieniu do domu rozwieszało się na płotach, czy na jakimś drążku. Wyschło i dopiero się brało na te wijotka i się zwijało na kłębki. […] Zwijało się na kłębuszek i później te kłębki, które było zwite każda gospodyni musiała sobie rozliczyć. Jile jest, w jako płoche będziemy robić, jile postawić na postaw, jile zostawić na połączenie. Ji snuło się właśnie na tej snowadle, już jak miała rozliczone, na tej snowadle się robiło osnowę. Osnowę zaczynało się od góry na trzy patyki, takie pieski jak my to nazywamy. I naokoło się leciało, naokoło, naokoło […] i tutaj na dwa i z powrotem od dołu, z powrotem, do góry do tych piesków i tak było naokoło. Na przykład jak na dwadzieścia sześć pasmów, no to tutej każde pasmo było przewiązywane, musiało być dwadzieścia sześć. Później zdejmaliśmy na taki warkocz, z tym warkoczem się szło do warstatu i się zaciągało na warstat. No i później na warstacie już sama robota. Trzeba było połączyć te nitki, te co się nasnuło z tymi co tam przy nicielnicach były połuncyć, żeby przeciągnąć i się zakładało.
KN: Jeżeli jest zielsko trzeba rwać, bo lnu nie wolno nijakim środkiem opryskiwać tylko trzeba zielsko wyrwać i trzeba czekać do dojrzałości. […] No kto by to tera dał radę. […] No ja sobie nie wyobrażam jak te nasze mamy, babcie, podołały temu wszystkiemu. Przecież wszystko się robiło ręcznie. Siało się ręcznie, później przecież się zbierało, to trzeba było jeszcze na rose rozłożyć, na ściernisko, żeby te kulki z tym nasieniem wyschły. Dopiero później się obijało, tak jak mówiła. I to cały rok, cały rok. Nim doszło do przędzenia to była zima i przeważnie tak później nim te nasze babcie, mamy opszędły to przychodził styczeń. Największe mrozy, największe śniegi, wtedy trzeba było iść gdzieś na sadzawkę, ojciec przeręblę przecinał i tam się prało. No trzeba było, bo przecież jak ono całą noc się opotoczało w tym popiele, bo to przecież kto tam znał proszki. No nie wiem może wielkie Państwo to tam miało.
MG: A ten popiół z czego musiał być?
KN: Z liściastych drzew. Fartuch taki lniany się rozpościerało na wierzch na to potoczke, na te motki, sypało się popiół i brzegami tak się przykładało żeby to jak się później wodę lało, żeby to nie pyliło do góry. To się przykrywało, wodę się lało, a tam między te motki kładło się kartofel. I dotąd się lało aż ten kartofel w tych motkach się ugotował. Wtedy się mówiło, że to jest upotoczane. I tak zostawało do rana. Rano się wyciągało w koszyki od kartofli i dopiero się jechało do wody, tak jak mówię, ojciec musiał przeciąć przeręble, deski się kładło jakeś tam pod kolana albo jakeś wicheć słomy, albo z pierza gęsiego te pałki, te uodpady, to w woreczek, to było trochy cieplej. I się tłukło to, kijami tłukło się tłukło, szargało się w tej wodzie dotąd, jak ja pierwszy raz pojechałam to mama mi mówi tak: „Dotąd aż będzie czyściutka woda leciała z tego motka”. No i tak trzeba było prać przecież.
JFu: Ręce pozamarzały, tu było zalane wodą, gluty wisiały bo to był mróz. Ręce czerwone.
KN: No z początku to było zimno, ale później jak się zatarły w tej wodzie to już było dobrze. Przyjechało się do domu i dopiero ten zamróz z człowieka wyłaził. No i te motki gdzieś tam czy na płocie, czy na jakimś drążku, było przygotowane, się wieszało, żeby to wyschło, wymroziło, no bo przecież to mrozy były i duże. Wymarzło to, to i się wybieliły te nitki troszkę i później dopiero się robiło. Gdzieś koło Wielkanocy dopiero się zakładało na warsztat i dopiero się robiło płótno. I też to w zależności. Jak była większa rodzina no to matka musiała siać tego lnu więcej, żeby co rok każdemu członkowi rodziny zrobić przynajmniej dwie koszule, tak jak chłopakom dwa kalesony, pościel przecież na łóżko, prześcieradła. Nawet i na pierzynę przecież powłoki się szyło. Wszystko było lniane. Dziewczyny sobie szyły sukienki, która tam umiała sobie wyszywać to sobie wyszyła. No takie było życie.
WEŁNA
MG: A jak było z wełną?
KN: Wełna na wsi, to tak jak już tutaj na naszym terenie to już o późno weszła. Gdzieś już może pod koniec pięćdziesiątych lat. […] Ja jak już przyszłam tutaj do Borysowa to już miały tutaj owce, bo my w domu nie mieliśmy owiec, a tutaj już miały owce i też trzeba było obciąć te owce, wyskubać tą wełnę. Później do tego do grępla, w gręplu zgręplowały, później uprząść, po uprzędzeniu uprać i dopiero się robiło. Czy to kilimy, czy to swetry, czy skarpety, czy rękawice. No wszystko, wszystko, bo kiedyś no rodzina musiała być samowystarczalna. Mama zrobiła płótno i nie szukała krawcowej. No bo nie wiem na wsi może była jedna krawcowa. To przecież ona prócz tego miała inną robotę. Tylko sama szyła koszule, kalesony. Wszystko było szyte ręcznie i to lniano nitko. I to tak było uszyte, że koszula się zerwała, kalesony się porwały, a szew nie puściła.
JFu: Ja mam jeszcze co mamusia szyła koszulę.
KN: No było jak było, bieda była bardzo, bardzo była bieda na wsi, strasznie była bieda na wsi, ale jakoś ludzie się szanowali lepiej jak teraz. […]
MG: A gdzie się farbowało wełnę?
KN: Każdy sobie sam farbował.
JFu: Kupywało się w sklepie kolory, jakie się chciało i mieszało się tam jak każdy chciał. A na przykład na te kilimy to już się wełnę woziło do tkaczki, a ona ta pani już sama. U nas na przykład w Gołębiu była taka pani.
KN: Nie w Gołębiu, to nie do Gołębia należy.
JFu: Ta Pani malowała, kolory dobierała, aby się mówiło jakie dna czy tam zielony, czy bordowy.
KN: A później te druge to już takie wzorzyste, to żeśmy wozili za Baranów tam na Koziel. Znowu też taka pani robiła. Za Rykami robiła też taka pani, ale to już wzorzyste. A teraz o takie zwykłe kilimy to i my robimy. […]
PRZĄDKI
KN: […] A więc to było tak. Tak jak mówiłam na wsi była bieda to się oszczędzało, oszczędzało na wszystkim na czym tylko można było oszczędzić. Oszczędzało się też i na nafcie, bo to wszystko przecież było na lampach naftowych. Schodziły się panie do jednego mieszkania, no tam w zależności jakie warunki były, jakie mieszkanie, były duże, małe.[…] Wszystkie razem, młodzież i starsze, nie było wyróżnienia. Kto szedł z kołowrotkiem to z kołowrotkiem, kto z pierzami to z pierzem, a kto z ręcznymi robótkami, to wszystko tam się zmieściło. No i dokąd nie przyszły prządace wszystko było w porządku. Jak przyszły chłopaki bardzo psociły. Wywracały sznury z kołowrotka, a było czasami tak, że któryś tam był taki mądry to łap tą kądziołkę i tam gdzieś w zapiecek wrzucił, bo to tak jak mówię w zależności jakie te mieszkania były. W niektórych domach były takie zapiecki, tak zwane altyże. To za piecem tak się wchodziło. Jak rzucił tam ta kądziołkę, a drugi światło zgasił. Zdmuchnął lampę. No i przecież nie ma roboty, to ta dziewczyna musi po tą kądziołkę tam pójść. No tam nie wiadomo ile za nią poszło. To tam dokuczały tyle ile chciały, tyle dokuczały. No to jak miały chłopaki złość na którąś dziewczynę to tak dokuczały, dokuczały, że ta dziewczyna albo co uprzędła, albo nic nie uprzędła […] no ze złości tak. To tam pochodziła ze dwa, trzy dni, na czwarty już matka nie puściła. No bo po co będzie chodzić jak nic nie uprzędzie. To co to robota nie odchodzi. Matka przędła w domu, a ta na prządkach. Później po prządkach, no jak no przecież no ta z tego końca, ta z tego końca.
JFu: A czasami chłopaki przyprowadzały muzykanta Jasia Kułaga i tany. Kołowrotki na piec, to był piec chlebowy, to był taki duży ten zapiecek co kundziołkę wrzuciły, to kułowrutki na ten piec i zabawa, bo jak było dużo młodych, a chłopaków przyszło dużo no to zabawa wtedy.
KW: Na czym grał muzykant?
JFu: Na harmonii, albo na grzebieniu, tak na grzebieniu.
KN: Na grzebieniu, na harmonii. No jeszcze był ten…
JFu: Bęben.
KN: Tak, i ten, jakaś tam piszczałka była jeszcze, ale tam o czy zabawy, czy takie tak jak mówi te prządki to tańczyło tylko, że byłaby aby umiał tam na czymś piszczeć. […] Na drugi dzień jak byliśmy gdzieś tutaj to idziemy do sąsiadki, do następnej, do następnej i do następnej. No i jak już poszło to dalej, to już w tym domu ta nafta była niepotrzebna, bo tam mama przykręciła tylko, tylko knocik, aby tylko żeby się żarzyło i trochy była oszczędność i na nafcie. Były czasy, były czasy.
MG: Śpiewało się coś na tych prządkach?
KN: A to różne piosenki się śpiewało. Take ludowe no piosenki.
JFu: Ludowe, układane takie. Jak u nas w Susinie był staw pamiętam i było małżeństwo i ten pan pojechał gdzieś, gdzieś, a ona tu została sama. Ji przyjechał, i taka była noc księżycowa ładna i poszły kąpać się nad staw. Teściowa, czy matka słyszała podobno. Ji poszły, on ją utopił, bo tam gdzieś ten mąż miał kochankę. I później matka wygląda, wygląda. To była pieśń pamiętam u nas Pańczakowa śpiewała i nie przepisałam tej pieśni. […] Nie pamiętam.
„Czego wyglądasz?” A ona mówi: - „Córki”. Bo poszły spać do stodoły. Wziął żonę, a dziecko zostało prawda. Wziął żonę poszły spać do stodoły, ale później ktoś tam szedł i mówi: - „Czego wyglądasz?” -„Córki”. Nie, -„Synowej”. –„Twoja synowa po stawie pływa”. Poszła do stodoły, a ten syn leży, utopił ją, przyszedł. -„Coś ty narobił, coś ty narobił!”. No wiem że taka to pieśń była.
KN: Czekaj nie „Grobel”?
JFu: I on potem poszedł do więzienia to dziecko zostało. […] to była ułożona taka pieśń. […]
MG: A nie było piosenek jak się przy lnie robiło?
KN: Nie u nas nie było. U nas tam śpiewały, to takie tam różne piosenki śpiewały.
JFu: Ja stąd pochodzę, tu się urodziłam […] no bo moja mamusia z Zagród, jej tatuś z Zagród,
KN: Moja mama była z Borysowa, tylko tam z początku wioski i tak żeśmy przyszli. I siostra do Borysowa i ja do Borysowa. […]
KN, JFu: „Szła dziewczyna wkoło młyna”
„Szła dziewczyna wkoło młyna”
Szła dziewczyna wkoło młyna
Robić jej się nie chce
I wygląda na słoneczko
Czy wysoko jeszcze
Nie wysoko, ani nisko
Chwała Panu Bogu
Wzięła sobie poduszeczkę
Poszła do ogrodu […]
JFu: Dziewczyny młode jak były, ach chłopaki, jak głosy miały to ten głos się roznosił. A jeszcze tu były prządki, jak u nas, u Maruszaków w mieszkaniu, a ci co się nie wleźli do mieszkania albo młodsi, albo jeszcze tam jacyś gorszy pod oknem stukały, okno wywaliły. Bo to tam chodziło też o dziewczynę jedną, bo ona weszła, a jego nie puściły. Było, było. Strach dziś pomyśleć, że to takie.
KN: Że to tak ludzie to wszystko przeżyli, bo to przecież tak jak mówię robota i robota, i robota, i robota. I tam nie było tego, że tam jakiś odpoczynek jak teraz zejdziemy się no i jak będziemy robić. Zejdziemy się dzisiaj pójdziemy do Ciebie, siadamy na rowery. Jedziemy, tak jak to kiedyś było, pojechaliśmy tam do niej do Bałtowa. Posiedzieliśmy ze dwie godziny, pobajdaliśmy. […]
JFu: A kiedyś jak chłopaki, no nie było pracy, każdy siedział w domu. A jeszcze moja teściowa opowiadała, mówi, bo u nich szkoła była, duży domek i ten zapiecek, to za zapieckiem siedziały dzieci mniejsze jak prządki były, czy zabawa była. Ale mówi: „Tak na tym piecu psociły te dzieci”, mówi, przyszedł ojciec mówi: „Wita co, na łunce zające latajo, chodźta pomożeta mi złapać”. Boso toto w koszuli wyleciały, a matka chlast zasuwa, teraz se trochu posprzątam w tej chałupie. A uone tam, zając latał, w zimie zając latal, ale uoszukały , poleciały chłopaki. […]
KN: U nas taki piec był duży, to ja byłam najmłodsza i Maryśka przecież jeszcze też nie była panienko, to zawsze o aby tylko już jak miały prządki przyjść to tylko aby mama pokazała, że nasze miejsce to tam. No i fik na piec i tylko aby się wyglądało zza murka.
JFu: Czasami jak długo siedziały to tam w saganku się kaszę gotowało, jaglana, to takie bryłki były. „Mamo dajcie coś jeść”. To ten saganecek dała.
KN: Bo to było dzieci, dzieci dwanaście, osiem. No rodziny były wielodzietne, rodziny były wielodzietne nie takie jak teraz jedno, dwa i koniec. Nasz było pięcioro. Dwoje rodziców, siedem osób. To już było i komu gotować, i komu szyć, i komu to płótno robić. Było wszystko. […] Na wsi nie było tego, że to jest męska robota, a to kobieca. Tylko jak była robota to się szło wszystkim do kopania ziemniaków, do sadzenia, zacznijmy od sadzenia. Poduł taki, koszyk kartofli na raz chłopaki nosiły na raz w ten poduł, motyka w rękę […] później kopać to już chłopaki pomagały kopać. Pomagały kopać, każdy motyke i jazda w pole.
MG: A była taka data oznaczająca koniec przędzenia, że było łamanie wrzecion albo coś takiego?
KN: Nie u nas nie było. Przed świętem wielkanocnem to już każdy tak się starał żeby do świąt to płótno wyrobić. No później przecież, jak kiedyś to tak jak i tera ta moja chatka, trzeba było jak tu stał i warsztat, i całą zimę się kotłowało przecież z tego. Bo to nie tak jak teraz z tej nitki się nie kurzy, a z tej lnianej to się przecież kurzyło, że nie wiem. Trzeba było przecież później toto odkurzyć i bielić, bo przecież jak. Na Wielkanoc trzeba było bielić, na Boże Narodzenie trzeba było bielić. To już tam dwa tygodnie przed święty, to już każdy zostawiał na te porządki. No, a po świętach, po świętach w zależności kiedy te święta były albo się szło już w pole, a jak jeszcze był czas to dopiero mama to wszystko dzieliła, a to na worek, to na płachtę […] już szyły. Najsampierw szyły koszule dla dziewczyn, a później bo męska więcej pracy wymagała już, bo jeszcze takie tu się takie kliny wszywało, a to się nazywało wtok. Czego to nie wie. Tylko wtoki wszywały, to się nie ciągnęło tylko tak jak się mężczyzna wyciągnął rękę to tak.
JFu: Albo koszula z nodołkiem.
KN: No koszula z podołkiem to znowu jak było mało płótna to szyła o do pasa cienkie płótno, a od pasa już z zgrzebnego płótna, już kawałek przyszyła.
MG: Do spódnicy się to wpuszczało, czy tam do spodni…
KN: Tak, tak. I nogi obdarło jak to pierwszy raz się założyło tak nogi to obdarło, obtarło. […]
WARSZTAT
KN: Podstawowa budowa warstatu to jest jest te dwie ramy, poły tak się nazywały. Dopiero do tych ram się dokładało dwa wałki, jeden tam na nici, drugi tutaj już na gotowy wyrób. Dwie poprzeczki, przez które przechodzi gotowy wyrób tędy i tędy i na wałek. Później co tam jeszcze, podnóżki o, pedały, deska do siedzenia, no i co najważniejsze płocha i nicielnice, które wprowadza się nici i loda tak. No i tamte rydki tak jak mówiłam, jak nawijamy na warstat nici przechodzą przez rydki. Pół gunka każdyj dziurce to jest osiem nitki w każdym tym musi być, a później już tutej to się wprowadza po jednej. Po jednej nitce w każde oko i w każde to czcine tutaj też po jednej. […] So podwójne nici i jak jidzie jedna nicielnica do góry to i te nici ido do góry i tu się robi właśnie taka przerwa. Jedne nici u dołu, drugie u góry, a czółenko z tym wyrobem, to szmatko musi iść po środku. Ponieważ to jest rzadkie, bardzo rzadkie to często czółenko ucieka w dół i trzeba pilnować, bo nie dojdzie do końca. Natomiast jak przełożymy drugą nogę na drugi pedał to, to ta pierwsza nicielnica idzie do dołu, ta druga do góry, tutaj się nici krzyżują, trzymają to szmate. […]
FARTUCH
JFu: Bo to sto lat, sto trzydzieści lat ma ten fartuszek.
KN: Takich rzeczy na wsi jest bardzo dużo jeszcze. Ale to tak, w kedyś jeszcze jak myśmy chodzili to taki fartuch się zakładało do pasa.
JFu: Do doić krów, na pole, jak się szło do kopania ziemniaków, do krów.
KN: Do buraków obrzynania, jeden z przodu, drugi z tyłu się przyczepiało i to było i ciepło i wygodnie. A te nasze młode panie tera co pozostawały poszukały w kufrach po tych swoich babciach no i nie wiedzą co z tym zrobić. I to jest fartuch ponad stoletni, bo to jest z tysiąc osiemset siedemdziesiątego roku Pani Kuźlikowej. I w kiedyś mówi mi tak: -„Krystyna mam takie dwa fartuchy nie wzięła byś ty do izby?” Mówię: -„Nie chcę, bo ja nie mam pieniędzy, to nie jest moja własna izba, ja nie mam pieniędzy i płacić. No wziąć to”. Mówi: -„Nie chce, tylko mówi do ciebie przyjeżdżają dzieci to niech tam się oglądajo”. Takim sposobem dwa fartuchy, swoje co miałam to już prawie, że sprzedałam. Tam jeszcze wisi chyba Barańskiej. […]
Nakonieczna Krystyna, Janina Furtak
Rozmowa z tkaczkami - Krystyną Nakonieczną (KN) z Borysowa i Janiną Furtak (JFu) z Bałtowa zarejestrowana 30 września 2011 roku.
Wywiad został przeprowadzony przez Martę Graban-Butryn (MG) oraz Karolinę Waszczuk (KW) w ramach projektu Letnia Szkoła Tkactwa Tradycyjnego. Wybrane ośrodki tkackie.
Krystyna Nakonieczna : Nazywam się Nakonieczna Krystyna, pochodzę z Borysowa, teraz, a w ogóle to przyszłam z Zagród do Borysowa. W Borysowie już mieszkam ponad pięćdziesiąt lat. Prowadzę tkactwo. Jak wstępowałam do Stowarzyszenia Twórców Ludowych to przechodziłam z plecionkarstwa rogożynowego […] plecionkarstwo to było od sześćdziesiątego roku jak przyszłam tutaj. Taka Spółdzielnia „Wikliniarka” z Kazimierza Dolnego przyprowadziły do nas tutaj jakieś Panie, które uczyły nas tego splotu. A tkactwem po prostu, tak ja jak i moja siostrunia zajmowaliśmy się prawie od młodych lat, bo przecież na wsi to kiedyś tylko aby jeden szczęk był tych międlic, cierlic. To, które tam już starsze rodzeństwo to pomagało mamie, a my bawiliśmy się tam w tych odpadach co tam podleciało. I tak się tworzyło. W najsampierw to tylko aby na warsztacie, bo do przędzenia to nie dopuszczały. Ja miałam dwie starsze siostry to przecież mnie nie wolno było siąść przy kołowrotku i prząść, bo jak tam poszły do obrządku, jak ja wpadłam to mama jak przyszła mówi: „Już żeś nagluciła”. No wiadomo, jak nie umiałam to ciągnęłam jak poleciało. W jednym miejscu cienkie, w drugim grube. I prząść to się przyznam, że ładnie nie umiem prząść do tej pory. Nie przędłam. Później tutaj jak wyszłam za mąż też nie przędłam, bo teściowa przędła. Teściowa bardzo ładnie przędła, cieniutko, i len i wełnę. A ja tylko tyle co robię na warsztacie. Tak pozostało do dziś.
Janina Furtak: Ja się nazywam Janina Furtak. Obecnie mieszkam w Bałtowie, już koło pięćdziesięciu lat. No i cóż powiem, tak samo jak i somsiadka, wszystko. Jak były takie czasy, jarmak, w środę to był jarmak i rodzice jeździlido Puław na jarmak wozem. O to wtedy już laba była, bo warsztat stał pusty i jak wpadłam i och robiłam, pewnie, że robiłam nie tak jak mamusia tylko gorzej no bo młody człowiek nie umiał. Był brat, rąbał drzewo, usłyszał, że ja chlapie, przyszedł, wchrzanił mi trochę. Popłakałam, no i wyszłam z warsztatu, on poszedł rąbać drzewa. Jak w groch, tak trzy razy wtedy dostałam, ale urobiłam meter tego płótna. Przyjechała mamusia, ja się poskarżyłam, a on jeszcze pierwsze poskarżył, że „Zepsuła, mamo, zepsuła ci, zepsuła, na warsztacie kłapała!”. Przyszła mamusia, pochwaliła mnie, że dobrze. Ale jak był warsztat to tak, myśmy musieli albo wić te motki, mniejsze dzieci, albo cywki wić do tego jak się płótno robiło, albo szmatki ciąć na gałganiarze, na chodniki. Te dzieci to miały dużo, dużo roboty. To już naganiały nasz do tej roboty. I tak jak się wpisałam do tego Stowarzyszenia, bo to już są zanikające zawody, już mało kto robi. I tak pozostało do dziś, że co zimę się trochę zrobi, bo tera też warsztat w domu będę zakładać. To w zimę się trochę robi, bo trza na wystawę dać. Przecież w okręgu teraz będzie wystawa, a to tam wołają gdzieś do Częstochowy śmy wysyłali, do Zamościa, do Opola. […] Warsztat to był, każdy musiał, po babci, prababci na tą koszulę, bo koszule były lniane, kalesony, płachty, mamusia moja pamiętam jak szyła bratom ubranka. Farbowała ten len na jakiś tam kolor i była krawcową i szyła ubranka.
LEN
KW: Skąd brany był len?
JFu: Len się siało. Sieje się len na wiosnę, w polu, piele się go. On urasta. Kiedyś niby żniwa i się go wyrywa, obija się go najpierw z nasienia. Bo to nasienie szło na olej. […] Później trza go było moczyć dużo w wodzie, żeby on aż zmiękł, żeby można go było połamać, to paździura były. Później się międliło, pocierało, motki takie się robiło. I już się te motki wiło, oj to tak się prało to w potockach takich. […] To było dużo, bardzo dużo, cały rok z tym lnem było roboty. A my teraz to robimy na kupcych niciach i już się tego nie przędzie. […] Ten len jak się wyrwie ma takie łebki, a tu ma nasiona to się go obija, obija, bo to ziarenka służą do siania, na olej kiedyś się robiło bardzo dużo oleju, bo to posty, posty były przecież długie całą zimę. A później jak już się obije to już się go moczy. Do wody się jedzie, moczy się go i on po wyjściu z wody to musi wyglądać tak, żeby te paździura o, żeby paździura wyleciały, a włókno zostało. Później już jak się na międlicy się międli, a na cierlicy do czysta się to robi tak, do czysta. I się tak, żeby te paździura wyleciały, a później się robi na szczotkę. Tak się czesze, żeby to ładna kądziel była. Po cieszeniu już się robi taką babe jagę, na prządki, na korowrótek i się przędzie. Ładnie się tak owija, owija, owija i się przędzie. Po przędzeniu to się na motowidło te nitki ze szpulka się bierze na motowidło i się mota. Później się już pierze, tak? […] Pierze się […]
KN: W takiej potoczce się układa motki surowe, takie tylko uprzędzone i tak jak mówiłam w zależności jaka rodzina jest. Jak jest duża to będzie pełna beczka. Jak jest mniejsza rodzina to i te beczki miały mniejsze. Tam w środku jest otwór, dziura taka, a pod tą beczkę się sadzało taki saflik, a w to dziurę się wciągało ze słomy, taki wichuć słomy tam się wsadzało i tu się przykrywało potem fartuchem, na fartuch się sypało popiół i gotowano wodo się przelewało. Przelewało się, bo to tu jak się lało to wiadomo tym knotem woda uciekała do tego szaflika i z tego szaflika to wode trza było wynosić na dwór wylewać i świeżo tutaj nalewać, ale zawsze gotującą, zawsze gotującą. I już jak ten kartofelek tam się w tych motkach się ugotował, że był mietki to mówiliśmy, że już motki są upotoczane. Wtedy to już zostawało do rana, a rano się wybierało w koszyki od kartofli i na wóz i tam czy ojciec, czy mąż, czy kto tam był pod ręką jechał do wody. To już było styczeń, były duże mrozy, bo to tak przeważnie do stycznia było, później musiał robić przeręble, deski się kładło i się prało. Prało się do czyściutkiej wody. Jak się płukało, żeby z tej szmaty czysta woda leciała, z tych motków. Po przywiezieniu do domu rozwieszało się na płotach, czy na jakimś drążku. Wyschło i dopiero się brało na te wijotka i się zwijało na kłębki. […] Zwijało się na kłębuszek i później te kłębki, które było zwite każda gospodyni musiała sobie rozliczyć. Jile jest, w jako płoche będziemy robić, jile postawić na postaw, jile zostawić na połączenie. Ji snuło się właśnie na tej snowadle, już jak miała rozliczone, na tej snowadle się robiło osnowę. Osnowę zaczynało się od góry na trzy patyki, takie pieski jak my to nazywamy. I naokoło się leciało, naokoło, naokoło […] i tutaj na dwa i z powrotem od dołu, z powrotem, do góry do tych piesków i tak było naokoło. Na przykład jak na dwadzieścia sześć pasmów, no to tutej każde pasmo było przewiązywane, musiało być dwadzieścia sześć. Później zdejmaliśmy na taki warkocz, z tym warkoczem się szło do warstatu i się zaciągało na warstat. No i później na warstacie już sama robota. Trzeba było połączyć te nitki, te co się nasnuło z tymi co tam przy nicielnicach były połuncyć, żeby przeciągnąć i się zakładało.
KN: Jeżeli jest zielsko trzeba rwać, bo lnu nie wolno nijakim środkiem opryskiwać tylko trzeba zielsko wyrwać i trzeba czekać do dojrzałości. […] No kto by to tera dał radę. […] No ja sobie nie wyobrażam jak te nasze mamy, babcie, podołały temu wszystkiemu. Przecież wszystko się robiło ręcznie. Siało się ręcznie, później przecież się zbierało, to trzeba było jeszcze na rose rozłożyć, na ściernisko, żeby te kulki z tym nasieniem wyschły. Dopiero później się obijało, tak jak mówiła. I to cały rok, cały rok. Nim doszło do przędzenia to była zima i przeważnie tak później nim te nasze babcie, mamy opszędły to przychodził styczeń. Największe mrozy, największe śniegi, wtedy trzeba było iść gdzieś na sadzawkę, ojciec przeręblę przecinał i tam się prało. No trzeba było, bo przecież jak ono całą noc się opotoczało w tym popiele, bo to przecież kto tam znał proszki. No nie wiem może wielkie Państwo to tam miało.
MG: A ten popiół z czego musiał być?
KN: Z liściastych drzew. Fartuch taki lniany się rozpościerało na wierzch na to potoczke, na te motki, sypało się popiół i brzegami tak się przykładało żeby to jak się później wodę lało, żeby to nie pyliło do góry. To się przykrywało, wodę się lało, a tam między te motki kładło się kartofel. I dotąd się lało aż ten kartofel w tych motkach się ugotował. Wtedy się mówiło, że to jest upotoczane. I tak zostawało do rana. Rano się wyciągało w koszyki od kartofli i dopiero się jechało do wody, tak jak mówię, ojciec musiał przeciąć przeręble, deski się kładło jakeś tam pod kolana albo jakeś wicheć słomy, albo z pierza gęsiego te pałki, te uodpady, to w woreczek, to było trochy cieplej. I się tłukło to, kijami tłukło się tłukło, szargało się w tej wodzie dotąd, jak ja pierwszy raz pojechałam to mama mi mówi tak: „Dotąd aż będzie czyściutka woda leciała z tego motka”. No i tak trzeba było prać przecież.
JFu: Ręce pozamarzały, tu było zalane wodą, gluty wisiały bo to był mróz. Ręce czerwone.
KN: No z początku to było zimno, ale później jak się zatarły w tej wodzie to już było dobrze. Przyjechało się do domu i dopiero ten zamróz z człowieka wyłaził. No i te motki gdzieś tam czy na płocie, czy na jakimś drążku, było przygotowane, się wieszało, żeby to wyschło, wymroziło, no bo przecież to mrozy były i duże. Wymarzło to, to i się wybieliły te nitki troszkę i później dopiero się robiło. Gdzieś koło Wielkanocy dopiero się zakładało na warsztat i dopiero się robiło płótno. I też to w zależności. Jak była większa rodzina no to matka musiała siać tego lnu więcej, żeby co rok każdemu członkowi rodziny zrobić przynajmniej dwie koszule, tak jak chłopakom dwa kalesony, pościel przecież na łóżko, prześcieradła. Nawet i na pierzynę przecież powłoki się szyło. Wszystko było lniane. Dziewczyny sobie szyły sukienki, która tam umiała sobie wyszywać to sobie wyszyła. No takie było życie.
WEŁNA
MG: A jak było z wełną?
KN: Wełna na wsi, to tak jak już tutaj na naszym terenie to już o późno weszła. Gdzieś już może pod koniec pięćdziesiątych lat. […] Ja jak już przyszłam tutaj do Borysowa to już miały tutaj owce, bo my w domu nie mieliśmy owiec, a tutaj już miały owce i też trzeba było obciąć te owce, wyskubać tą wełnę. Później do tego do grępla, w gręplu zgręplowały, później uprząść, po uprzędzeniu uprać i dopiero się robiło. Czy to kilimy, czy to swetry, czy skarpety, czy rękawice. No wszystko, wszystko, bo kiedyś no rodzina musiała być samowystarczalna. Mama zrobiła płótno i nie szukała krawcowej. No bo nie wiem na wsi może była jedna krawcowa. To przecież ona prócz tego miała inną robotę. Tylko sama szyła koszule, kalesony. Wszystko było szyte ręcznie i to lniano nitko. I to tak było uszyte, że koszula się zerwała, kalesony się porwały, a szew nie puściła.
JFu: Ja mam jeszcze co mamusia szyła koszulę.
KN: No było jak było, bieda była bardzo, bardzo była bieda na wsi, strasznie była bieda na wsi, ale jakoś ludzie się szanowali lepiej jak teraz. […]
MG: A gdzie się farbowało wełnę?
KN: Każdy sobie sam farbował.
JFu: Kupywało się w sklepie kolory, jakie się chciało i mieszało się tam jak każdy chciał. A na przykład na te kilimy to już się wełnę woziło do tkaczki, a ona ta pani już sama. U nas na przykład w Gołębiu była taka pani.
KN: Nie w Gołębiu, to nie do Gołębia należy.
JFu: Ta Pani malowała, kolory dobierała, aby się mówiło jakie dna czy tam zielony, czy bordowy.
KN: A później te druge to już takie wzorzyste, to żeśmy wozili za Baranów tam na Koziel. Znowu też taka pani robiła. Za Rykami robiła też taka pani, ale to już wzorzyste. A teraz o takie zwykłe kilimy to i my robimy. […]
PRZĄDKI
KN: […] A więc to było tak. Tak jak mówiłam na wsi była bieda to się oszczędzało, oszczędzało na wszystkim na czym tylko można było oszczędzić. Oszczędzało się też i na nafcie, bo to wszystko przecież było na lampach naftowych. Schodziły się panie do jednego mieszkania, no tam w zależności jakie warunki były, jakie mieszkanie, były duże, małe.[…] Wszystkie razem, młodzież i starsze, nie było wyróżnienia. Kto szedł z kołowrotkiem to z kołowrotkiem, kto z pierzami to z pierzem, a kto z ręcznymi robótkami, to wszystko tam się zmieściło. No i dokąd nie przyszły prządace wszystko było w porządku. Jak przyszły chłopaki bardzo psociły. Wywracały sznury z kołowrotka, a było czasami tak, że któryś tam był taki mądry to łap tą kądziołkę i tam gdzieś w zapiecek wrzucił, bo to tak jak mówię w zależności jakie te mieszkania były. W niektórych domach były takie zapiecki, tak zwane altyże. To za piecem tak się wchodziło. Jak rzucił tam ta kądziołkę, a drugi światło zgasił. Zdmuchnął lampę. No i przecież nie ma roboty, to ta dziewczyna musi po tą kądziołkę tam pójść. No tam nie wiadomo ile za nią poszło. To tam dokuczały tyle ile chciały, tyle dokuczały. No to jak miały chłopaki złość na którąś dziewczynę to tak dokuczały, dokuczały, że ta dziewczyna albo co uprzędła, albo nic nie uprzędła […] no ze złości tak. To tam pochodziła ze dwa, trzy dni, na czwarty już matka nie puściła. No bo po co będzie chodzić jak nic nie uprzędzie. To co to robota nie odchodzi. Matka przędła w domu, a ta na prządkach. Później po prządkach, no jak no przecież no ta z tego końca, ta z tego końca.
JFu: A czasami chłopaki przyprowadzały muzykanta Jasia Kułaga i tany. Kołowrotki na piec, to był piec chlebowy, to był taki duży ten zapiecek co kundziołkę wrzuciły, to kułowrutki na ten piec i zabawa, bo jak było dużo młodych, a chłopaków przyszło dużo no to zabawa wtedy.
KW: Na czym grał muzykant?
JFu: Na harmonii, albo na grzebieniu, tak na grzebieniu.
KN: Na grzebieniu, na harmonii. No jeszcze był ten…
JFu: Bęben.
KN: Tak, i ten, jakaś tam piszczałka była jeszcze, ale tam o czy zabawy, czy takie tak jak mówi te prządki to tańczyło tylko, że byłaby aby umiał tam na czymś piszczeć. […] Na drugi dzień jak byliśmy gdzieś tutaj to idziemy do sąsiadki, do następnej, do następnej i do następnej. No i jak już poszło to dalej, to już w tym domu ta nafta była niepotrzebna, bo tam mama przykręciła tylko, tylko knocik, aby tylko żeby się żarzyło i trochy była oszczędność i na nafcie. Były czasy, były czasy.
MG: Śpiewało się coś na tych prządkach?
KN: A to różne piosenki się śpiewało. Take ludowe no piosenki.
JFu: Ludowe, układane takie. Jak u nas w Susinie był staw pamiętam i było małżeństwo i ten pan pojechał gdzieś, gdzieś, a ona tu została sama. Ji przyjechał, i taka była noc księżycowa ładna i poszły kąpać się nad staw. Teściowa, czy matka słyszała podobno. Ji poszły, on ją utopił, bo tam gdzieś ten mąż miał kochankę. I później matka wygląda, wygląda. To była pieśń pamiętam u nas Pańczakowa śpiewała i nie przepisałam tej pieśni. […] Nie pamiętam.
„Czego wyglądasz?” A ona mówi: - „Córki”. Bo poszły spać do stodoły. Wziął żonę, a dziecko zostało prawda. Wziął żonę poszły spać do stodoły, ale później ktoś tam szedł i mówi: - „Czego wyglądasz?” -„Córki”. Nie, -„Synowej”. –„Twoja synowa po stawie pływa”. Poszła do stodoły, a ten syn leży, utopił ją, przyszedł. -„Coś ty narobił, coś ty narobił!”. No wiem że taka to pieśń była.
KN: Czekaj nie „Grobel”?
JFu: I on potem poszedł do więzienia to dziecko zostało. […] to była ułożona taka pieśń. […]
MG: A nie było piosenek jak się przy lnie robiło?
KN: Nie u nas nie było. U nas tam śpiewały, to takie tam różne piosenki śpiewały.
JFu: Ja stąd pochodzę, tu się urodziłam […] no bo moja mamusia z Zagród, jej tatuś z Zagród,
KN: Moja mama była z Borysowa, tylko tam z początku wioski i tak żeśmy przyszli. I siostra do Borysowa i ja do Borysowa. […]
KN, JFu: „Szła dziewczyna wkoło młyna”
„Szła dziewczyna wkoło młyna”
Szła dziewczyna wkoło młyna
Robić jej się nie chce
I wygląda na słoneczko
Czy wysoko jeszcze
Nie wysoko, ani nisko
Chwała Panu Bogu
Wzięła sobie poduszeczkę
Poszła do ogrodu […]
JFu: Dziewczyny młode jak były, ach chłopaki, jak głosy miały to ten głos się roznosił. A jeszcze tu były prządki, jak u nas, u Maruszaków w mieszkaniu, a ci co się nie wleźli do mieszkania albo młodsi, albo jeszcze tam jacyś gorszy pod oknem stukały, okno wywaliły. Bo to tam chodziło też o dziewczynę jedną, bo ona weszła, a jego nie puściły. Było, było. Strach dziś pomyśleć, że to takie.
KN: Że to tak ludzie to wszystko przeżyli, bo to przecież tak jak mówię robota i robota, i robota, i robota. I tam nie było tego, że tam jakiś odpoczynek jak teraz zejdziemy się no i jak będziemy robić. Zejdziemy się dzisiaj pójdziemy do Ciebie, siadamy na rowery. Jedziemy, tak jak to kiedyś było, pojechaliśmy tam do niej do Bałtowa. Posiedzieliśmy ze dwie godziny, pobajdaliśmy. […]
JFu: A kiedyś jak chłopaki, no nie było pracy, każdy siedział w domu. A jeszcze moja teściowa opowiadała, mówi, bo u nich szkoła była, duży domek i ten zapiecek, to za zapieckiem siedziały dzieci mniejsze jak prządki były, czy zabawa była. Ale mówi: „Tak na tym piecu psociły te dzieci”, mówi, przyszedł ojciec mówi: „Wita co, na łunce zające latajo, chodźta pomożeta mi złapać”. Boso toto w koszuli wyleciały, a matka chlast zasuwa, teraz se trochu posprzątam w tej chałupie. A uone tam, zając latał, w zimie zając latal, ale uoszukały , poleciały chłopaki. […]
KN: U nas taki piec był duży, to ja byłam najmłodsza i Maryśka przecież jeszcze też nie była panienko, to zawsze o aby tylko już jak miały prządki przyjść to tylko aby mama pokazała, że nasze miejsce to tam. No i fik na piec i tylko aby się wyglądało zza murka.
JFu: Czasami jak długo siedziały to tam w saganku się kaszę gotowało, jaglana, to takie bryłki były. „Mamo dajcie coś jeść”. To ten saganecek dała.
KN: Bo to było dzieci, dzieci dwanaście, osiem. No rodziny były wielodzietne, rodziny były wielodzietne nie takie jak teraz jedno, dwa i koniec. Nasz było pięcioro. Dwoje rodziców, siedem osób. To już było i komu gotować, i komu szyć, i komu to płótno robić. Było wszystko. […] Na wsi nie było tego, że to jest męska robota, a to kobieca. Tylko jak była robota to się szło wszystkim do kopania ziemniaków, do sadzenia, zacznijmy od sadzenia. Poduł taki, koszyk kartofli na raz chłopaki nosiły na raz w ten poduł, motyka w rękę […] później kopać to już chłopaki pomagały kopać. Pomagały kopać, każdy motyke i jazda w pole.
MG: A była taka data oznaczająca koniec przędzenia, że było łamanie wrzecion albo coś takiego?
KN: Nie u nas nie było. Przed świętem wielkanocnem to już każdy tak się starał żeby do świąt to płótno wyrobić. No później przecież, jak kiedyś to tak jak i tera ta moja chatka, trzeba było jak tu stał i warsztat, i całą zimę się kotłowało przecież z tego. Bo to nie tak jak teraz z tej nitki się nie kurzy, a z tej lnianej to się przecież kurzyło, że nie wiem. Trzeba było przecież później toto odkurzyć i bielić, bo przecież jak. Na Wielkanoc trzeba było bielić, na Boże Narodzenie trzeba było bielić. To już tam dwa tygodnie przed święty, to już każdy zostawiał na te porządki. No, a po świętach, po świętach w zależności kiedy te święta były albo się szło już w pole, a jak jeszcze był czas to dopiero mama to wszystko dzieliła, a to na worek, to na płachtę […] już szyły. Najsampierw szyły koszule dla dziewczyn, a później bo męska więcej pracy wymagała już, bo jeszcze takie tu się takie kliny wszywało, a to się nazywało wtok. Czego to nie wie. Tylko wtoki wszywały, to się nie ciągnęło tylko tak jak się mężczyzna wyciągnął rękę to tak.
JFu: Albo koszula z nodołkiem.
KN: No koszula z podołkiem to znowu jak było mało płótna to szyła o do pasa cienkie płótno, a od pasa już z zgrzebnego płótna, już kawałek przyszyła.
MG: Do spódnicy się to wpuszczało, czy tam do spodni…
KN: Tak, tak. I nogi obdarło jak to pierwszy raz się założyło tak nogi to obdarło, obtarło. […]
WARSZTAT
KN: Podstawowa budowa warstatu to jest jest te dwie ramy, poły tak się nazywały. Dopiero do tych ram się dokładało dwa wałki, jeden tam na nici, drugi tutaj już na gotowy wyrób. Dwie poprzeczki, przez które przechodzi gotowy wyrób tędy i tędy i na wałek. Później co tam jeszcze, podnóżki o, pedały, deska do siedzenia, no i co najważniejsze płocha i nicielnice, które wprowadza się nici i loda tak. No i tamte rydki tak jak mówiłam, jak nawijamy na warstat nici przechodzą przez rydki. Pół gunka każdyj dziurce to jest osiem nitki w każdym tym musi być, a później już tutej to się wprowadza po jednej. Po jednej nitce w każde oko i w każde to czcine tutaj też po jednej. […] So podwójne nici i jak jidzie jedna nicielnica do góry to i te nici ido do góry i tu się robi właśnie taka przerwa. Jedne nici u dołu, drugie u góry, a czółenko z tym wyrobem, to szmatko musi iść po środku. Ponieważ to jest rzadkie, bardzo rzadkie to często czółenko ucieka w dół i trzeba pilnować, bo nie dojdzie do końca. Natomiast jak przełożymy drugą nogę na drugi pedał to, to ta pierwsza nicielnica idzie do dołu, ta druga do góry, tutaj się nici krzyżują, trzymają to szmate. […]
FARTUCH
JFu: Bo to sto lat, sto trzydzieści lat ma ten fartuszek.
KN: Takich rzeczy na wsi jest bardzo dużo jeszcze. Ale to tak, w kedyś jeszcze jak myśmy chodzili to taki fartuch się zakładało do pasa.
JFu: Do doić krów, na pole, jak się szło do kopania ziemniaków, do krów.
KN: Do buraków obrzynania, jeden z przodu, drugi z tyłu się przyczepiało i to było i ciepło i wygodnie. A te nasze młode panie tera co pozostawały poszukały w kufrach po tych swoich babciach no i nie wiedzą co z tym zrobić. I to jest fartuch ponad stoletni, bo to jest z tysiąc osiemset siedemdziesiątego roku Pani Kuźlikowej. I w kiedyś mówi mi tak: -„Krystyna mam takie dwa fartuchy nie wzięła byś ty do izby?” Mówię: -„Nie chcę, bo ja nie mam pieniędzy, to nie jest moja własna izba, ja nie mam pieniędzy i płacić. No wziąć to”. Mówi: -„Nie chce, tylko mówi do ciebie przyjeżdżają dzieci to niech tam się oglądajo”. Takim sposobem dwa fartuchy, swoje co miałam to już prawie, że sprzedałam. Tam jeszcze wisi chyba Barańskiej. […]




