Nawigacja

Łążek Garncarskiwersja do druku

Łążek Garncarski - śródleśna wieś Lubelszczyzny, w powiecie i gminie Janów Lubelski.

 

Pierwsze informacje dotyczące Łążka odnajdujemy w dokumentach z roku 1582. Ze względu na zasoby gliny, jakie znajdują się w okolicach wioski od XVIII w., jest istotnym ośrodkiem garncarskim. Jak wspomina jeden z garncarzy - Adam Żelazko: W Łążku Garncarskim zostało trzech garncarzy i trzech kaflarzy, a było nas ponad trzydziestu do 1985, 1986 roku. Póki spółdzielnie się nie rozsypały. To był ośrodek garncarski i kaflarski. Osiadali tu garncarze z Sokołowa, Medyni Głogowskiej, a także z Galicji przywożąc do wioski nowe wzory i techniki wyrobu. Najbliższy ośrodek to był w Medyni, przed wojną to na tamtym Łążku było dwóch garncarzy, w Domostawie też, i w Modliborzycach. Ale to one pochodzili stąd, tylko tam się pożenili, Startki się nazywali, na kolonii Zamek Modliborzyce. Przybyli do Łążka mistrzowie garncarstwa zostali sprowadzeni przez mieszkającego w Janowie Lubelskim Mosika Schwarzmana, o czym pisze w swoich badaniach prof. Roman Reinfuss.

 

W Łążku Garncarskim spotykamy trzy rodzaje gliny. Jest to glina czerwona, siwa oraz tak zwana plecówka, używana jedynie do wyrobu pieców garncarskich oraz domowych.

 

Glina czerwona to glina chuda, której pokłady znajdują się w lasach. Jej kolor jest czerwony, natomiast po wypaleniu ceglasto czerwony. Jest to glina, która dobrze się wyrabia, jednak o wiele ciężej niż inne gliny. Zrobione formy są trwałe i nie deformują się w trakcie pracy, problemy napotykamy w trakcie suszenia, ponieważ glina czerwona jest wrażliwa na zmiany temperatury – może się deformować i pękać. Ze względu na swój kolor najczęściej jest używana jako polewa.

 

Glina siwa – jej pokłady znajdują się na odcinkach dna rzeki Bukowa, jest to glina tłusta, zwykle o niebieskim odcieniu. Bardzo plastyczna i dobra do wyrobów.

 

Glina składana jest na podwórku w miejscu zwanym gliniorką. Tam jest czyszczona i przygotowywana do pracy. Dobrze, kiedy glina przemarznie, wówczas staje się lepsza do wyrobu.



Polewy używane przez łążeckich garncarzy:

- polewa czerwona – wspomniana już glinka czerwona – sproszkowana i zalana wodą, następnie mielona, aby uzyskać masę bez gródek i ziarna.

 

- polewa biała – przygotowywana z białej glinki sprowadzanej niegdyś z Łogowa, a obecnie z Ostrowca Świętokrzyskiego.

 

- polewa zielona – używana jest jedynie do dekoracji malarskiej. Pozyskana z tlenku miedzi powstałego z przepalania kawałków miedzi lub drutu. Cienka warstwa powstała po przepaleniu jest zbierana i ucierana z niewielką ilością wody. Następnie mieszana z białą glinką tworzy zieloną „farbkę”.

 

- dwutlenek manganu – tak zwany brausztyn, dodany do pobiałki tworzył brunatno-wiśniowy kolor.

 

Dzbany i garnki polewane są zazwyczaj na całej powierzchni, natomiast misy polewa się wewnątrz pozostawiając biskwitową ściankę zewnętrzną.

 

Do glazurowania używano szkliwa ołowiowego pozyskanego ze skruszonych łusek ołowiowych lub sproszkowanej glejty. Sproszkowany ołów mieszano z wodą i pobiałką w odpowiednich proporcjach. Glazura nakładana była na naczynia pokryte już polewą, które następnie po przeschnięciu układano w piecu do wypału.

 

Glazura najczęściej była przezroczysta. Po dodaniu tlenku miedzi przybierała kolor zielony, a przez dodanie brausztynu osiągała kolor ciemny o odcieniu wiśni.

 

Z bogatych i kolorowych zdobień zasłynął Łążek Garncarski wyprzedzając pod tym względem inne ośrodki w Polsce.

 

Zdobieniem najczęściej zajmowały się kobiety - żony, matki garncarzy. Używały do tego pędzelków oraz rogów krowich. Pędzle zrobione były najczęściej z gęsich piór oraz z kociej sierści. Rożek jest piłowany, w jego środek włożona jest dudka z pióra. Po wypełnieniu polewą spływa ona przez dudkę na zdobioną powierzchnię.


Obciąganie

–naczynia ustawione są na wirującym kręgu i zdobione linearnie rożkiem.


Puszczanie

– proces w trakcie którego pobiałkowana miska malowana jest wewnątrz rożkiem w szeregi pasków. Po zatrzymaniu kręgu dodawana jest kropla kolejnego koloru na najwyższym pasku. Naczynie jest potrząsane co powoduje spłynięcie kropli i rozmycie z poprzednim kolorem nakładanym linearnie. Proces powtarzany jest kilkukrotnie aż do uzyskania oczekiwanego efektu. Jest to jedna z trudniejszych metod zdobienia.


Gumkowanie

– ta metoda zanikła już w ośrodku łążeckim. Polegała na odciskaniu wzoru powstałego po zamoczeniu gąbki w polewie na wewnętrznej części naczynia.


Bokacenie

– brzusiec garnków, dzbanów zdobiony jest plamami w kształcie pogrubionego przecinka w układzie pionowym.


Wiatrowe zdobienie

– wilgotne naczynia pokrapiane są wybranym kolorem, a następnie potrząsane czego wynikiem jest marmurkowa powierzchnia.



Obecnie do charakterystycznych motywów zdobniczych zaliczamy
motywy geometryczne -

pasy proste, pasy faliste, kropki, spirale, rozety


motywy roślinne

- listki sercowate, gałązki jodły, gałązki kwiatów, kwiatony


motywy zoomorficzne -

ptaszki, ptaszki w grupie, ptaszki na gnieździe,

 

Motywy zdobnicze były często inspirowane motywami pisanek wielkanocnych, malowanych skrzyń lub haftów.



Formy naczyń robionych w Łążku Garncarskim

- talerze, miski, misy, doniczki kielichowe, donice, bańki tradycyjne, garnki, dwojaki, naczynia zasobowe, gwizdki, ptaszki, kaganki, dzbany

 

W Łążku działa nadal kilka pracowni garncarskich oraz kaflarskich. Są to m.in. garncarze Adam Żelazko, Mieczysław Żelazko, Henryk Kurzyna. Pracownie kaflarskie Henryk Pawłowski, Janusz Wasąg.




Sylwetki garncarzy

:



Adam Żelazko

Adam Żelazko zajmuje się garncarstwem od 30 lat. Przejął nauki od ojca.



Przed ojcem robił dziadek przed dziadkiem pradziadek. Oni kafle robili i garnki. Ja już jestem czwartym pokoleniem. Moje pierwsze naczynie zrobione to była podstawka pod doniczkę. Nauczyć się było ciężej bo tak ponad trzy lata się uczyłem i już tak zacząłem podstawki, doniczki takie małe dwunastki, szóstki. Narobiłem se na deskach, ojciec przyszedł, nie spodobało mu się, wszystko mi wywalił i próbował, czy ja będę miał chęć do pracy w glinie, czy rzucę te prace. Ja się pytam dlaczego mi to zrobił, a on mówi, tłumaczy mi tak „jeszcze są nierówne, grube, ciężkie, muszą być dokładnie”. I tak mnie uczył żebym coraz, coraz lepiej tą glinę [poznawał]. Chęci miałem, zamiłowanie robienia w glinie. Poza tym, nic nie widziałem, tylko w glinie tak. Jak ojciec poszedł na obiad, to ja do koła, bo jedno koło było, i robiłem. Przyszedł, popatrzał co ja narobiłem mu, i znowu zepsuł. I tak się uczyłem od niego.

To jest dom, w którym się urodziłem, a pracownia była obok, (…) W pomieszczeniu dalej na podwórku, miała ponad 120 lat. Jak my należeli pod Tarnobrzeg to [architekt] nie dawał remontować tego domu, i przyszła zima, śnieg i dach po prostu z ciężaru się cały załamał. I trza było do rozbiórki, bo to już próchno było i nie dało się remontować. Tak zadbał architekt, jak my pod Tarnobrzeg należeli. I to był dom pusty to zrobiłem pracownie, piec pobudowałem. Zdun pomagał troszki mnie, ja tylko mu pokazywałem kanały, a zdun co piece stawiał to porobił.

Najpierw (…) glina ukopana jest i tak na stosie jest, ona musi troszkę przemarznąć. (…) Później maszyną się kręci glinę i żeby robić ją na gotowo to jeszcze jest klusowanie, [tak] my nazywamy. Bo w glinie się znajdują kamyczki czy coś, to jest po garncarsku klusowanie. Wyczuwa się w rękach kamyczki. Jak są kamyczki to trzeba je wyrzucić. Ręcznie się klusuje bo (…) jakby te kamyczki były wypalane w piecu to by braki były z tego. Jak już jest glina wyklusowana to się bierze ją, zależy co chce się robić, jaki wymiar, czy półlitrowe, czy litrowe to już waga jest w rękach. (…) Glinę kopiemy w rzece Bukowej. Tak jak dziadkowie kopały, tak my kopiemy dalej w tej rzece, w Bukowej. To jest glina tłusta. Do niej nie trzeba dodawać już nic tylko wodę. Do kafli to dodają pół na pół, dają jeden do pięciu piasku, piasek do gliny.(…)
Jak już są gotowe gałki to na środek koła, je trzeba wycentrować by równowaga była, taki stożek, powietrze wygnać od spodu do góry. Kształt nadajemy, i jest taki garncarski, każdy region ma swoje nazwy, my nazywamy nożyk. Nożyk równa. (…) I drucik do obcinania. I jak już jest gotowe to na deskę, jak gąbka jest. I to jest suszarnia. (…) Małe naczynie to dzisiaj zrobię, no wczoraj zrobione będzie dzisiaj wyschnięte. A duże wiadomo dwa dni, trzy, zależy od wielkości. A takie duże to nawet i do tygodnia. Na siwym, one twarde wyschnięte widać, że można wziąć, bo miękkie to nie, a to twarde, że można nawet rzucać i on się już nie rozbije. Jedno na drugim układać można.


Jak jest doniczka już wysuszona to jeszcze nakładamy glinę angobę, jest pomarańczowa, to jest na kolory, siwa jest. Jak ona podeschnie to tą angobę nakładamy i jest kolor pomarańczowy nadany. I jak jest już wyschnięty ten kolor to malujemy tymi krowskimi rogami, jak dziadkowie malowali. To jest glinka z Ostrowca biała sprowadzana, biała, siwa z każdego regionu się sprowadza te glinki i wzory łążkowe na talerzach, czy na garnkach, tradycyjne garnki, dwojaki się maluje. Na doniczkach, wszystko.

Wzory łążkowe to ornamenty są jodełki, gałązki czy ślimaki, różne kropki. Na doniczkach jest ponad sto, różne są. Jak garczek chce kupić i zobaczy to widać, że to jest z Łążka Garncarskiego, z Kielc czy z Ostrowca. Każdy ma swoje, a wiadomo że to są łążkowe.

Ja wypalam w 30 godzin. (…) Jak palimy w piecu to na zmianę z synem. On z początku pali, bo na temperaturze się tak jeszcze nie zna, to koło ma do dyspozycji i on się wtedy uczy. W piecu to tak przez 10 godzin to wkłada normalnie. Każde ma dwa kanały i tam się je wkłada, tylko jak później, jak już temperatura dochodzi do tysiąca stopni to przygląda się, które jest ciemniejsze to więcej się krzyżuje drzewo, żeby nie na prosto, bo na prosto ucieka szybciej temperatura, tylko się krzyżuje żeby dłużej ta temperatura podtrzymywała ogień. To się patrzy grupkami, kanałami. (…) Każdy region inaczej pali. W tamtej [starej] pracowni paliłem 24 godzin bo miałem inny piec zrobiony. Tu mam obrotowo, a tamten był bezpośrednio. (…) Obrotowy to idzie ogień w ten sposób i dopiero wraca i do komina, a bezpośredni to tu się paliło i wychodził dym. Także [z jednej strony] się kładło i z drugiej strony się paliło. A w tym z tej strony się kładzie i pali się z tej.

Naczynie jak jest wypalone ono musi dzwonić jak dzwon. Musi mieć głos. Temperatura tysiąc stopni. (…) Nie ma żadnych termometrów, nie ma nic, tylko wszystko tak jak dziadek pradziadek, jak ojciec nauczył żar okiem [rozpoznawać], temperatura ma być tysiąc stopni. Żar musi być taki ogromny czerwony, że aż oczy po prostu rozjaśnia. Można tak w piecu zobaczyć.
No żeby wypał się udał w piecu to najpierw se garncarze musieli flaszkę wypić. Przyszło trzech, czy czterech garncarzy, otworzyli se piec i tak na początku przez 8, 10 godzin to drewno podkładywali i se flaszke popiły. Teraz to tego nie ma. Kiedyś to palili trzech, czy czterech garncarzy, mieli jeden, czy dwa piece i razem wspólnie robili i tak na zmianę jeden wypalił, później następny bo tak nie było stać każdego żeby piec pobudować. Tylko trzech, czy dwóch garncarzy.

Naczynia są szkliwione. Szkliwi się teraz, są szkliwa bezołowiowe. Bo dawniej to szkliwa robili dziadki, pradziadkowie to robili swoje szkliwa ołowiane. Oni ołów palili w piecu na proszek. Jedną donice przykrywali w piec i razem z tymi doniczkami w piecu się paliło. I ołów w tysiącu stopni się spalał. I proszek się robił z tego. Później jak się wypalił ten proszek w tej donicy to dolewali wody i gliny tej białej. Melili. Z proszku robili szkliwo ołowiane. (…) One były trudne i szkodliwe, garncarze co robili te szkliwa to oni dłużej nie żyli czterdzieści, pięćdziesiąt lat, to wszystko właśnie tak poumierało. Naczynia z ołowiu palili i nimi nikt się nie zatruł. On szkodzi temu, który oblewa bo on wchłania ten proszek. A on jest wypalony przez tysiąc stopni, to już jest normalne szkło to już przetestowane, nie było szkodliwe. (…) Szkliwa to każdy robił bezbarwne, kolory to gliny dają. Szkliwa to koloru nie dają. W szkliwie czy zielone, czy żółte [kolory] to dają pigmenty, one zabarwione są. A my kolory to gliną robimy. My kupujemy jedno szkliwo, które jest najtańsze, osiem złoty, bo takie szkliwa to kosztują i po trzydzieści (…) Każda glina daje inny kolor. Jeden wypał jest na raz, na to nakładane szkliwo będzie. Tak że dwa razy nie wypalam, tylko raz. Bo te szkliwa, które są powyżej tysiąc sto, tysiąc dwieście to już trzeba dwa razy wypalać. Pierwsze na biskwit, drugie na szkliwo.

Tradycyjne kształty no to dwojaki, garnki, dzbanki, doniczki na podstawkach. Tradycji się podtrzymujemy, ale [trudno] wyżyć z tradycji, jak przyjedzie klient i chce taki wzór no to trzeba wszystkie wzory umieć żeby się utrzymać.


Największe naczynie to do 50 cm, to są flakony, to z pół dnia mi schodzi. Bo zrobię troszki, troszki stęchnie potem dalej podciągnę, stęchnie i znowu na tym. Bo nasza glina jest taka, że jak się robi duże, to ona siada. Musi trochę stęchnąć, wyparować woda po prostu. Niby dobra jest, ale do dużych naczyń jest siadlista.

Narzędzia w pracowni? Używam tak drucik, nożyk, krowskie rogi do malowania, żarna do mielenia tych glinków, tylko to kiedyś ręczne, teraz są elektryczne. W pojemnikach jest namoczona glina pomarańczowa to są na kolory, łopatę do siekania gliny. Kiedyś się strugało, strug taki ręczny. W razie jak w zimie zamarznie glina bo nieraz tak jest, że w zimie zamarznie, zabraknie gliny bo się nakręci no to trzeba ręcznie. No to strugiem się sieka. (…) Rogami się pisało, ale nie tylko bo i z kota sierść taką. Pędzelki robili, to na tych misach jak koguciki, czy kurki robili, to pędzelek z kota sierści właśnie wydzierali. Piórka to piszczałki się robi z gęsich piór do rogów. Obcina się i tymi piszczałkami się maluje. Krowskie rogi to te, których pradziadkowie używali.

Pomaga mama, (…) Żelazko Aleksandra, urodzona w 1927 roku, pracowała od 23 lat. Tutaj przyszła i tu pracowała i tu pisała wszystko, i myła na żarnach. Najstarsza w Łążku, bo ma już 83 lata, która jeszcze chodzi i pisze, maluje (…). Pomaga pisać, żona, dzieci pomagają. Cała rodzina, to jest rodzinna praca.

Żona to musiała umieć i glinę uprawić, bo dawniej to nie było maszyn, tylko ręcznie [wykonywaliśmy] to klusowanie i deptanie nogą, deptało się glinę, żeby ta glina miała elastyczność. Garncarki, żony musiały nogą deptać (…) I pisanie, i w żarnach ręcznie to się narobiły kobiety, a teraz to motorek włączy.

Syn pomaga, żona maluje, córka maluje. Syn toczy na kole. Teraz do szkoły chodzi jeszcze, a może jak skończy szkołę to może jeszcze pokolenie będzie istniało. On chce żeby nikt [się] nie przyglądał, nie wolno mu już ruszać. Nie wyrzucam mu, bo ładnie robi. Ładne robi, oryginalne, cieniutkie są, zgrabne, że nie wyrzucam. Nie wiem kiedy on się to uczy tego.
Miałem tu ucznia, ale więcej on rzeźbił w glinie. Nie chce się nauczyć, nie ma zamiłowania. Prowadziłem w Janowie szkółkę od 1995 roku przez pięć lat. To chyba cztery panie wyuczyłem tego zawodu. Wszystkie panie, nie ma chłopców.

To nie jest taka ciężka praca, tylko po prostu trzeba polubić. Bo jak ktoś nie polubi to mówi, że jest ciężka bo brudna, samemu trzeba i drzewo udziabać, i umieć wypalić. No teraz są różne sposoby, piece elektryczne, komputer ustawi temperaturę, tysiąc sto czy ile, szkliwa są gotowe rozmiesza. Ale też trzeba umieć ile wody wlać, wszystkiego trzeba się uczyć. Teraz jest lepiej bo wszystko jest gotowe, kiedyś trzeba było samemu wszystko robić. Po wojnie używane naczynia, garnki to wszystko służyło za lodówki, to wszystko w tych glinach i ludzie nie zatruwali się.


ZOBACZ FILM - Adam Żelazko - Łążek Garncarski

Galeria zdjęć


Henryk Pawłowski, kaflarz

Prowadzę zakład po swoim tacie Janie Pawłowskim, w zasadzie od urodzenia. Dziadek na Kresach wschodnich był marynarzem i wędrował, i jak przyjeżdżał to dokupował pole, zwiększał areał i zakładał kaflarnie, cegielnie. Tak że ojciec miał po dziadku. Tato rozpoczął tutaj pracę zaraz po napaści Rosjan na ziemie polskie. W prawdzie był przez rok czasu we własnej kaflarni i cegielni mistrzem i dyrektorem zarazem, ale ze względu, że i Niemcy i Rosjanie i partyzanci, było to niebezpieczne i dlatego uciekł przez granicę tutaj na teren najpierw Ulanowa, a następnie Łążku Garncarskiego. Od 1940 roku tutaj zaczął w takiej pracowni opuszczonej robić kafle. A kafle robił w ten sposób, że skonstruował sobie taką deseczkę, malutką formę i kafle składał. Najpierw robił tę płaszczyznę poziomą, a następnie ten romb i to sklejał i suszył na słońcu, a następnie wypalał. Gdy Niemcy zobaczyli, że może produkować kafle od razu zamówili te kafle do remontów tutaj pieców, które na terenie właśnie powiatu janowskiego były. I tak robił do czterdziestego pierwszego roku, ponieważ znowu [przychodzili] partyzanci w nocy, a Niemcy w dzień. Było to znowu niebezpieczne i w tym czasie poznał mamę i razem z mamą wrócił tam do Baranowicz, bo tam właśnie w Baranowiczach miał ten zakład. I tam dalej musiał pracować w swojej kaflarni. W tym czasie urodziłem ja się w 1940 roku w Baranowiczach i po wyzwoleniu jechaliśmy z Baranowicz. Teraz po 63 latach pojechałem zobaczyć gdzie się urodziłem, i jechałem z Baranowicz do Łążku 8 godzin, a w tamtym czasie w 1945 roku z Baranowicz do Łążku jechaliśmy 3 miesiące pociągiem. Tyle trwała podróż.


Po wojnie też na formach ręcznych, składanych zaczął [ojciec] robić kafle tutaj, kontynuował tę działalność. W tym czasie garncarstwo przeżywało zmierzch ze względu [na to], że weszły plastiki, to w Łążku od ojca nauczyli się [kafle] robić i było 17 kaflarni. Wszyscy garncarze zaczęli robić kafle. Ta sytuacja trwała znowu do tego okresu do lat 60-tych, i wtedy z uwagi na to, że był tani węgiel i centralne ogrzewanie wszyscy zaczęli robić centralne ogrzewanie i kafle przeżywały zastój, i znowu z tych garncarzy, co robili kafle, część wróciła do lepienia garnków, a ja po skończeniu studiów w 1980 roku w czasie zamieszek sierpniowych zwolniłem się z huty, to znaczy zostałem wyrzucony z huty i rozpocząłem tutaj pracę. Pracowałem do 1989 roku. W 1990 roku [przyszły] znowu te zmiany, Komitet Obywatelski, zostałem radnym, potem kierownikiem Urzędu Rejonowego w Janowie Lubelskim i przez 10 lat byłem kierownikiem Urzędu w Janowie Lubelskim. A po przejściu na emeryturę w tej chwili kontynuuję tę pracę, z tym że zacząłem zastanawiać się, jak można inaczej skonstruować piec kaflowy. Doszedłem, że najlepiej gdyby było to, krótko mówiąc, tak jak kostki lego, żeby można było z segmentów robić piece kaflowe. Po okresie 6-letnim, teraz już 10-letnim widzę, że można to zrobić, i mam takie ciekawe osiągnięcie, że kuchnia nie musi mieć popielnika bo zamiast popielnika może być piekarnik, a tu pod spodem może być piec chlebowy, wszystko może być bardzo małe, wielkości kuchni gazowej. No i również tak samo i kominki. Kominek nie musi tylko ogrzewać, ale powinien też kumulować ciepło, a następnie oddawać. I teraz na emeryturze ciągle tak robię. W tej chwili rodzina nie pomaga w tej pracy. W nocy myślę, a rano tworzę.

Kafle się robi z glin. Chcąc zrobić dobrą kaflę trzeba używać szereg, kilku glin, natomiast tutaj tradycyjnie kafle były robione z gliny ceglarskiej, to była glina taka nisko topliwa. Ona ma tak zalety jak i wady, że nie można położyć takiego szkliwa bardzo ciekawego, bo z uwagi na niską temperaturę w 940-tu stopniach zaczyna się kurczyć, upłynniać po prostu. Dlatego trzeba mieszać różne gliny, żeby zrobić jakąś ciekawą kaflę. W tej chwili jestem na etapie takim, że chcę już z glin wysokotemperaturowych, a zarazem starą metodą tłoczenia robić. Z uwagi na to, że nie lubię tych odlewanych kafli. To jest metoda ręcznego prasowania na sztancach metalowych.

W tej chwili w Łążku kaflarzy jest dwóch, można powiedzieć trzech, ale to robi się właśnie na sztancach. Nie robimy odlewanych kafli.
Glazury to już w tej chwili kupuje się gotowe. Kiedyś robiono proste szkliwa ołowiowe.


Jeśli chodzi o piec, trzeba by tu rozróżnić piece kuchenne i piece ogrzewalne. Piec kuchenny z uwagi na duże koszty energii to każdy w kuchni zakłada tak zwaną wężownicę, która ma podgrzać bolier wody i załóżmy jeden kaloryfer, łazienkę. Natomiast jeżeli by się dało tak jak ja skonstruowałem, że jest na dole szkło kominkowe i jest duża komora, tam można włożyć dwie wężownice, którymi można ogrzać domek taki do 80, 100 m². Natomiast najprostsze piece ogrzewalne to trzykanałowy piec w segmentach, w zależności od tego jak duże jest pomieszczenie, to się bierze tyle segmentów co potrzeba.

Ponieważ jest to tłoczone na mokro to wszystko jest uzależnione od tego jak to jest zorganizowane. Jeżeli by było suszenie szybkie, i w suszarni to można było by to szybko robić. Natomiast jeżeli to schnie na wolnym powietrzu w temperaturze pokojowej to trzeba około tygodnia do wysuszenia, następnie wypalenia, poszkliwienia, ponownego wypalenia. Są kafle raz wypalane i są kafle, które są wypalane dwukrotnie, wtedy inne szkliwa kładzie się przy drugim wypalaniu. Ja w tej chwili w piecach elektrycznych palę. Kiedyś palono w piecach na drewno.

W tej chwili skonstruowałem taki ciekawy piec, że do temperatury 800° palę drewnem, a powyżej włączam prąd przez trzy godziny, do temperatury 1100 ° dokańczam. Różne piece są, różnej pojemności, od 150 kafli do 1000 kafli. Sześć pieców jest tu.

Kafle zdobione? Nie, nie zajmuje się tymi zdobionymi. Dlatego, że dużo zdobień wychodzi w trakcie wypalania i można robić ciekawe zestawy, to co nam ogień czasem robi.

ZOBACZ FILM - Henryk Pawłowski - Łążek Garncarski

Galeria zdjęć