Wywiad z Zofią Trzcionkowską i Józefą Furtak 
Wywiad z Paniami Zofią Trzcionkowską (ZT) i Józefą Furtak (JF), tkaczkami z Bałtowa, powiat puławski, woj. lubelskie.
Wywiad został przeprowadzony przez Martę Graban-Butryn (MG) i Karolinę Waszczuk (KW) w dniu 9 września 2011 r. w ramach projektu Letnia Szkoła Tkactwa Tradycyjnego. Wybrane ośrodki tkackie.
Zofia Trzcionkowska: Jestem z Bałtowa, urodziłam się trzydziestego drugiego roku, drugiego listopada, tak że mam rok po prostu przypisany na, a o rzeczywiście żyłam dopiero dwa miesiące […] Wychowywałam się w Bałtowie, tak, że do szkoły podstawowej chodziłam w Bałtowie, później chodziłam w Żyrzynie. Od lat szkolnych podpatrywałam mamę, babcie, bo babcia robiła jeszcze, na warstacie tkała i mama robiła, tak, że lekcje się uodrobiło, a swoim porządkiem tam gdzieś okiem się rzucało na warstat, na kołowrotek jak przędła babcia czy mama, tam któraś zawsze, całe wieczory były spędzane.
W końcu skończyłam szkołę, poszłam do pracy. Pracowałam w Puławach. Przy szkole pracowałam. I wtedy zaczęłam już robić na warstacie samodzielnie, bo babci już nie było, mama była jeszcze, tak, że robiliśmy to w sezony zimowe, bo już w wieczór było wolna chwila, w dzień nie było […] Wyszłam za mąż no i zaczęło się gospodarstwo rolne, później tkactwo. Wpisałyśmy się najpierw do koła gospodyń, no koło gospodyń zaczęło pracować, w końcu to wszystko nie dało pracy takiej, żeby z tego coś dochód jakiś był. Zaczęłyśmy tkać na warstatach. I mama jeszcze trochę mnie tam poduczała i robiłyśmy chodniki, płótno przeważnie,bo to nawet ktoś tam nie mógł wydążyć sobie zrobić to przynosił, żeby coś zrobić, tego płótna na ten, pościel, bieliznę, bo to do wszystkiego było kiedyś potrzebne.
Kiedy już mamy brakło zaczęłam sama pracować przy tych warstatach. Zapisałam się […] do Klubu w Puławach, Twórców Ludowych. Tam cztery lata, może trzy, nie wiem dokładnie już nie pamiętam, należałam do klubu i weszłam do STL-u do Lublina (red. Stowarzyszenie Twórców Ludowych). Tam jużśmy dawali pracę do oceny i nas już wysyłano po jarmarkach z chodnikami. Robiłyśmy chodniki, kilimy na szerokim warstacie robiłam i na wąskiem robiłam, to w zależności jaka była potrzeba. Z wełny przeważnie, z początku malowałam sama kolory wełny żeby to wyszło, później było to za ciężko już, bo było dużo pracy z tym przewijaniem. Tak, że naprawdę to się opłacało kedyś. Teraz się nie opłaca nam już.
Wysyłali nasz po tych kiermaszach, bardzo szło to wszystko, te chodniki szły. Ale z tego warstatu robiłyśmy tak: na worki do gospodarstwa było potrzebno, na płachty czyli prześcieradła, teraz tak mówiąc, na fartuchy, na koszule, dla mężczyzn na koszule, na kalesony. To wszystko było z tego warstatu, z tego tkactwa, z płótna, z tym, że to było ze lnu robione, lniane, bo wełniane to tylko były kilimy. A rzeczy takie jak na samodział nieraz, bo tak można było robić, ale tego nie robiłam ja, samodziału nie robiłam, nie mogę się pochwalić, bo tego nie robiłam. Ale z tym, że później z tego były, z płótna szyte sukienki, były, wyszywało się paseczki, u dołu się wyszywało, koło szyi się tam lamóweczke jakieś robiło do sukienek, bo się wybieliło to płótno i było bardzo ładne, zdrowe były te rzeczy. Później śmy już to płótno zostało, jeszcze mamy kawałki płótna, bo już weszła taka po prostu, no zmiana ustawy i to już nie szło, nikt nie chciał chodzić w lnianych rzeczach, bo to były niewygodne, dla nas były wygodne, bo były zdrowotne, ale tak jak młodzież, no nie będzie takiej koszuli nosiła przecież, bo już są inne rzeczy, a to jest nietradycyjnie teraz, już po prostu się wstydzili tego. Fartuchy śmy mieli, wełniane fartuchy, takie do strojów, do kościoła chodziły. Teraz już tego nie nałoży. I my już tak, że przestałyśmy te fartuchy robić wełniane. Robimy jeszcze, ale take, jak mamy len, lniane take do prac, gdzieś tam koło kuchni się zapasać, czy do jakieś tam, iść ziemniaki wybierać, czy tam coś takiego, co tak.
Józefa Furtak:Zamieszkała jestem w Bałtowie. Nazywam się Furtak Józefa. Rok urodzenia trzydziesty piąty, piątego stycznia. Na warstacie zaczęłam robić to bardzo wcześno, bo ja nie miałam rodzicy […] ja musiałam się uczyć, nas było cztery, córki było, siostrów miałam cztery. Tak, że najstarsza, ta co chodziła przuńść to była najstarsza, to już una tam próbowała, ale później ona się ożeniła to ja już tylko z tą młodszą siostrą robiłam. To takeśmy robili, ni pomóc nam ni mioł kto, bo mamusia wcześno zmarła, odeszła, to babcia była już starsza, bo miała osiemdziesiąt dwa lata, tyż nic nie mogła pokazać. To na warstacie pierwszy raz […] siostra starsza chciała zdjunć no to zdjena ze snowadli, jakeśmy snuli, to zdjana, a nawinąć nie miał kto. I dopiero ja miałam pitnaście może lat i czepiłam się mówię: - Co nie bundzie! Nie było to dużo motków tam osiem czy sześć motki było, ja mówię spróbuje. Poszliśmy do sunsiadki, sunsiadka nie chce przyjść bo ona mówi, ona tam nie ma siły do tego. Druga też nie, a ja wiem jak sobie nawiniecie tak będziecie mieli. No trza było ryzykować. I pani wzienam za te rydki, wszystko śmy pozakładali na ten i nawinęłam na ten warstat. I od tamtej pory pani do dzisiaj nawijam. O taka próba, bieda nauczy wszystkiego. No nie tak? No bo to się mówi, jakbym miała matke to bym tego nie zrobiła, ale starsa siostra była i ona nie chciała, ona osnuła na snowadle, i na tego i zdjunć zdjęła, a na warsztat bojała się nawinąć, no a ja znowu. I takeśmy robili później dłuższy czas. […] I też jakeśmy chodzili jeszcze na prządki to ojciec mi nie dawał, nie pozwalał, bo umiałam na drutach robić i szydełkiem umiałąm robić, ale nie pozwalał my, bo un mówi, un bał się, bo to kiedyś tak jak bez koszuli to nie było ruszyć się można, na wiązko trza było takie derko jak się mówi, taki gałganiarz zrobić, na koniowi tako torbo zrobić, żeby było w co siecko wsypać, bo tera to nie ma ni kuni, ni wszystkiego, a tak to trzeba było i na wiązko i na worek i wszystko szło się na koszule na tą, on gado: Kto mnie tera urobi? Musita się uczyć i musita we dwie tylko bo to zostaliśta i musita.
LEN
ZT: W maju siało się len, tak jak już nie było mrozów, żeby nie było mrozów. A najlepiej jak moja babcia zawsze mówiła tak: „- Nie siejcie lnu wcześniej jak żaby nie będą śpiewać, bo jak żaby zaczną śpiewać to wtedy już mrozów nie będzie.” A len jest delikatny. No to jak myśmy latali tam wieczorem tam jak dzieciaki i słuchaliśmy kiedy te żaby tam będą śpiewać. No już zaśpiewajo, lecimy. „- Babciu już żaby śpiewajo, już można lyn siać. - A gdzieście słyszały? - No słyszałyśmy, tam gdzieś tam.” No to już dobrze, to już babcia na drugi dzień w fartuch i tam któregoś z gospodarzy no i chodźcie zabronować bo zasiejemy len. No i zasiali ten len. Len rósł, chwasty w nim, bo nie było pryskane, trzeba było to pielić. Urósł dziesięć centymetry i trza pielić. Kilkakrotnie raz nim zakwitł. Zakwitł to kwitł jeden niebiesko, jeden biało. Wielolen to był biały i był grubszy, a niebieski był len to był len drobniejszy. […] No, rosł, zakwitł ten len, okwit, miał take bombelki,
JF: nasienie takie, dzbanuszki takie maniuńkie, maniuńkie takie
ZT: nasienie, w takich, dzbanuszki takie były. Trzeba było czekać żeby dojrzały. Dojrzał ten len i go brać trzeba rwać. Już zżółciał tak, nasionka pełne tego było. Wyrwany ten len, wysuszyć go w snopeczkach takich żeby usechł, na polu i się przywoziło albo do domu albo nie. Jak u nas tak mieli o blisko tośmy brały kawałek płachty, pniaczek, tłuczek i te snopeczki się uobijało, otłukało się to nasienie. Otłukło się to nasienie z tego lnu i powiązało się te snopeczki, po dziesięć, po dwanaście, snopeczki w takie wiązki. I do stawu, czy do rzeki, czy gdzieś tam do rowu obojętnie gdzieś go zamoczyć. Trzeba było kołki dwa bić i te snopki się układało, te wiązki już znaczy. To tam było dziesięć, pitnaście tych wiązek. W zależności ile kto miał tego lnu. I znów wbite kołki dwa, tu przykładało się błotkiem, albo jakąś ciężkim czymś takim, palami nieraz, żeby się zamoczyło, żeby zanurzyć w wodzie. I to miękło w zależności od jego grubości, żeby ta słoma skruszała się. Jak się skrusiło to tak tydzień, półtora. Ten gruby to szybko przeszła ta słoma, skrusiło i to tak o się próbowało. Włókno zostawało, a ta słoma odlatywała to już trza wyciągać z wody. Wyciągnęło się go z wody i na ściernię, czy na łączkę, gdzieś na coś, rozłożyć, wysuszyć. Wysuszyło się i jak już wysechł związało się w snopeczki i gdzieś pod płot, czy pod mieszkanie gdzieś, czy koło uobory, przeważnie to koło uobory zawsze było, rozkładało się snopeczkami, żeby wysechł. Jak wysechł, międlić. Na takiej międlicy jakśmy miały tam, bo i tu mamy w podwórku to tam są międlice, omiędlić. Została ta słomka, wytrzepana, na cierlicę, znów wysuszyć to omiędlone, brać garściami na cierlice. Cierlico opotrzyć to, zwinąć na takie wichutka, te garstki zrobić, powiązać, wysuszyć go ponownie. Przeważnie do pieca się kładło po chlebie.
JF: Tera to by nie było gdzie wysuszyć. Już się chleba nie piecze i pieców nie ma.
ZT: Jak się wysuszyło i nareszcie wtedy na szczotkę, do czesania. […] I wtedy dopiero na to szczotke, co tak grzebień inaczej mówiąc, ale to szczotka popularnie. Na jedno wyczesało się, składało się, a jak było dwie gospodyń w domu czyli matka z córko to jedna miała szczotke, druga miała pacoska to znów był grzebień gęsty taki, żeby ten został sam, dobry włos, taki len ten.
MG: Bez tych paździerzy takich? Tak mówili paździerze?
ZT: No mówili, paździura, paźdiura, tak, paździura.
JF: I tera jeszcze jak się trząsło uo tak, pod cierlicą, żeby toto wyleciało, te paździurka.
ZT: I wtedy już jak się powiązało w take pęczki i do kołowrotków. Uczesało się to, w rynkach znów, tak na jakiś tam ławce i się uokręciło w kądziołkę, na kręziołek zwany i do korowrotka. To już wtedy się ciągnęło ładnie całe, a te odpady to się trzepało drutem takym. Mnie zawsze mama dawała drut, bo -„Ty będziesz trzepać”. Trzepałam ten pacoski i pakuły. To była różnica jedno albo drugie, wytrzepałam i takie uokrągłe robiłam zwitki. I w worek się to układało znów do przędzenia. To mamusia przędła z tych kądziołków, a ja przędłam z tego worka te pakuły, bo to było dla mnie za dobre dać. Bo po prostu zawsze było mówione, że trza było cieniutko, a z tych pacoszków to było dobrze. No to już jak się uprzędło to, zwiło się na motowidło z kołowrotków i wtedy dopiero do prania. Prać. To na lutego się szykowało zawsze pranie jak największe mrozy. To w take potocki zwane były, ale inaczej, tak jak beczka wyglądała, tylko od spodu miała dziurę, żeby później ta woda odchodziła, ale w to dziurę się wkładało słomy kilka ździebeł, tak zrobiło się zawiniuntko i się włożyło. Tam szaflik się podkładało pod to, ułożyło się pełnu te potocke tych motków, na wierzch się kładło szmate.
JF: Ale jeszcze się sypało i popiół.
ZT: Najpierw szmatę.
FJ: Ale w te motki się sypało popiół.
ZT: U nas nie sypano było nigdy popiołu w motki, nigdy.
FJ: A my tośmy sypali.
TZ: Tylko było układane, a popiół był na te szmate sypany. To było tak grubo popiołu trzeba i popiół był tylko biały sypany taki
MG: Z jakiego drewna ten popiół?
ZT: Właśnie, z owocowego i z jałowcu tylko nadatny był.
JF:Z wirzby najlepszy był. Wirzbowy popiół, biały. To już takie motki wychodziły bielutkie.
ZT: Bielutkie. I wtedy się kartofelek kładło pod to szmate, lało się dotąd wrzącu wodę, aż ten kartofelek się ugotował. A ta woda, która spływała przez te motki, w ten szaflik to się ponownie brało, nalewało się w naczynia, nie wylewało się, i ponownie się gotowało. To trzeba było nieraz cało noc siedzić jednej, bo to nie można było przerwać, żeby to gotować, bo jak kto miał suche drzewo to szybko to zrobione było, bo woda ta gotowała się warem i przelewało się to. A jak ktoś miał mokre drzewo, słabo się paliło to wiadomo, że woda się dłużej
JF: Choćby nawet i szybciej, ale nie zdążyło to uodcieknąć, bo musiało to przez ten copek, tak się nazywał taki ze słomy, musiało to uodcieknąć. To było tak jak na trzech nogach, jak ten stół, a pod spodem dopiro była dziurka i tak się tutaj musiało ściekać z tego.
ZT:I wtedy dopiero to na drugi dzień wybieraliśmy, ten popiół się wyrzuciło, całkowicie tam gdzieś, a te motki, w szafliki i do prania na ten mróz. To jak był mróz dobry no to był dobry dzień do prania. Się szło na lód, przeręble robione było, kładzione było take worki były ze słomu pod nogy na ten lód i tam się cały dzień siedziało i kicało się tu. To take suple lodu przy rękawach, przy kijonkach, przy rękawach, bo kijonkami się trzepało to przy tych rękawach, a ręce były gorące. Jak się wkładało do tej wody to woda parzyła, a w rękach było gorąco.
JF: I od rana do wiecora na tam lodzie się przesiedziało.
ZT: Przesiedziało się.
JF: Bo trzeba było dobrze go wypłukać. […]
ZT: Do siedmiu do uośmiu wodów. I się płukało w tej wodzie i ponownie na te deske i ponownie się płukało.
JF: Tak jak koszule się płukało. Kiedyś jakeśmy prali też przez trzy dni prawie. Dwa dni to już na pomoście trza było przesiedzieć, a jeden dzień przyszykowywać.
ZT: I jak wtedy już uprane było, wysuszyć trzeba było to, to na płocie się wieszało, żeby wymarzły te motki. To były dobre. I wtedy wiło się na te kłębki. Jak już się zwiło na te kłębki to tak jak na te snowadle te szpulki co szły to wtedy lniane te kłębki szły. I się uosnowy robiło, uosnowe się zrobiło, na warstat naciągać trzeba było ponownie i siadać i robić. To rodzaje były: cienkie płótno na bielizne, na pościel, czy prześcieradła czy powłoki były szyte też. Grubsze płótno na koszule, to takie z tych pacosków. A jeszcze z pakuł na worki. To rodzajów było kilka. Na worki poszło to, na fartuchy, torby.
JF: Torby szyły dzieciom do szkoły, bo nie było w czem nosić. Spodnie szyły takie.
ZT: A na spodnie to malowaliśmy nawet na czarno, na granatowo malowało się.
MG: I to też farbami tymi kupnymi?
ZT: Też temi farbami.
JF: To do partu już znowu były takie farby.
ZT: Do partu, to były takie lżejsze farby, ale to wszystko było ręcznie robione. I tak całe lato przy lnie robota, cało zimę przy towarze robota, przy tym. I chodniki na tym robione były, i szmatki cięte. Teraz so szmatki wszystko nowe, a kiedyś to ze zużytych szmat były brane i z tego się robiło.
MG: A kiedy się rwało len?
ZT: Kedy go sie rwało? Jak już dojrzał, bo to jak ktoś wsiał wcześniej to wcześniej miał. A jak już tak na lipiec, sierpień. Rwało się, nie kosiło, z korzonkem.
JF: Jeszcze na dwa sorty się rwało. I z wierzchu ładniejszy, a od spodu gorszy był, ale to jak tam wyjątkowo ktoś chciał, ale my tośmy już na raz rwali.
ZT: My to jeszcze na dwa, bo zawsze mamusia ten ładniejszy to większe snopki były, dłuższe, a ten mniejszy to
JF: Twoja matka dłużej żyła, a moja mamusia wcześno zmarła, miała pięćdziesiąt dwa lata to ja później czternaście lat miałam to już musiałam się sama uuczyć i wszystko robić i w polu i to, tak, że już później nie było tych wiadomości, od siostry troszke, od babci, bo babcia dwa lata później zmarła, a reszte to samej trzeba było się uuczyć. To już jak tam wsiałam sobie, jak tam zerwałam tak i miałam. Już mnie nikt nie kontrolował bardzo.
WEŁNA
ZT: Z wełną to było w ten sposób, że miałyśmy owce, obcinaliśmy owce te, wełne gremplowałyśmy na grempli, przędliśmy na taką nić, żeby, i wtedy śmy to malowały sobie na kolory, jakie nam było pasowało i z tego śmy robili kilimy. […] Kilimy malowane i robione, te kilimy. […]metr siedemdziesiąt szerokości, bo już miałam szerszo płoche, kupiłam i na szerszej robiłam. I te to już so nie ze z czystej wełny, tyko już z takiej włóczka jest i take uodpadki jake były resztki z tych, bo to już końcówke robiłam. A tamten to jest wełniany, to przędłam sama wełnę, sama malowałam i sama robiłam.
MG: A owce mieliście swoje? Dużo owiec?
ZT: Tak swoje, no Pani było i po dwoje, i było i pitnaście, jak się pokłóciły, to w jednym roku, jak się rozmnożyli to tego było. Jeszcze wełny to jeszcze jest ze dwa wory tam wełny, nie wiadomo co z tym robić. Nie gręplowana, tylko ścięta, mole się tego nie chwytajo. To te worki są z to wełno, ale po co oni leżo to nie wiem po co.
JF: Skórki, kozuchy się robiło dużo i tera leżo albo palo ludzie to bo nima kto chodzić w tem. Od molów, żeby się uwolnić. A to była tylko moda po prostu, dwa, trzy lata.
MG: Kiedy się to wełnę ścinało?
ZT: Na wiosne i na jesień. Dwa razy do roku śmy cieli u nasz. Bo można było i raz, ale to bardzo się filcowała na owcy. A tak dwa razy do roku śmy cieli.
MG: A jak to gręplowanie wyglądało?
ZT: A gręplowanie to wyglądało, pani, take były jak wałki, jak tartki, inaczej mówiąc, cztery wałki, bo to mój brat cioteczny miał tą gremple właśnie. Cztery wałki i to się kładło na taką deskę, podest taki […]rwało się te wełne i tak się układało to na tym, a to pobierali i oni szarpali te tartki, szarpali te wełne
JF: szczotki takie były
ZT: i na jeden taki wałek to szło […] i to pobierały te tartki i tam na ten trzeci wałek szło.
JF: Już zgremplowano wełno zbierało na czysty wałek, a później dopiero zdejmowało się i każdy w domu ten wałek miał to sobie sortował, na takich korowrótkach my przędli, jak tutaj śmy mieli na pokazach w Lublinie. […]
KOLORY, FARBOWANIE WEŁNY
MG: Jakie były takie tutaj najbardziej w Bałtowie takie uważane kolory?
ZT:[…] Tu bordo, bordo było i ziel, zieleń. Ciemna zieleń i bordo, przeważnie były te kolory uważane.
MG: Czym się farbowało?
ZT: To kupywało się taki środek, take były proszki, take na deka. Kupywało sie to, już wie pani w tej chwili mi trudno powiedzieć jaka to była proporcja, bo to trzeba było wiedzieć. Deko farby na ileś tam wody, ileś tam octu trzeba było wlać, i trzeba było jakąś ilość, czy pół kila wełny, przędzionej, motka, czy sześćdziesiąt deka, czy osiemdziesiąt, w zależności ile mi było trzeba na ten kolor. Tak, że każdy kolor trzeba było oddzielnie sobie to malować w naczyniu innym. To już sama tam była proporcja taka na dziesięć deka dajmy na to, pół deka farby tej, cy tam ileś, w zależności od koloru. Jak ciemny kolor no to trzeba było wiele więcej, jak jaśniejszy to było mniej trzeba było, ale to już sobie samej trzeba było ustalić mniej więcej kolory. Robiło się barwe te i sie nitkę wkładało troszeczkę, wychodziło, patrzyło się o to będzie dobra. To troszke octu jak się dolało więcej to ściemniał ten kolor, no to już, już jest niedobry, bo już jest za mocny. To trzeba było samym decydować nad tym i dobierać to.
MG: A gdzie te farby się kupowało?
ZT: Te farby się kupywało, przeważnie były dobre, sprowadzone w Rykach, a w Puławach były farby też, ale już nie były take naturalne. A w Rykach jak sie kupiło to tacy handlarze sprowadzali skądś tam i przywozili, take barwy były naturalne, a w Puławach to były take barwy przyciemnione. Nie były tak wyraźne.
JF: Bo były w proszkach, a w Rykach to na deka sprowadzały, to tak były już take
MG: a tu już były takie pakowane, w Puławach?
JF: a w Puławach to były pakowane i take już były niepewne te kolory.
MG: A w czym się farbowało? W jakichś garnkach takich?
ZT: Tak w takich, przeważnie ja to miałam taki kocioł, duży zrobiony. Kedyś był tam używany do czegoś innego, a później to tak wkładałam jak robiłam kilimy to robiłam i dwa kilogramy wełny na jeden kolor. Bo jak robiłam za Ryki, tam robiłam sześć kilimy, robiłam, to już musiałam umieścić wszystkie w jednym kolorze. To musiałam w dużym naczyniu, to taki kocioł był zrobiony. A take małe, tam pół kila, dwadzieścia deka to w wiadrach robiłam. […] To trzeba było, żeby sie pogotowały troszke, żeby ten, bo to trzeba było kwasków dodawać żeby to było nie puszczało ten kolor. To żeby to, ten, ta wełna wciągnęła w siebie tę barwę, żeby to już było trwałe. Oj to tam różnie sie dodawało, i sól dodawali, i różne kwaski tam, żeby to przybarwić, każdy miał swoje jakieś tam tradycyjnie takie, ulubione kolory. Na jasnych kolorów nie trzeba było tyle dawać. Do ciemnych więcej trzeba było dawać. No, ale to już teraz ja już tego nie robiłam, z pitnaście lat nie robie tych, na serokim warstacie, bo ja już nie moge. Na wąskim robię, tak.
MG: Jakaś farbiarnia była może, tak, że można było gotową wełnę już kupić, albo zawieźć swoją do farbowania?
ZT: Była taka, ale myśmy nie, to było [...]
JF: W Gołębiu to jeszcze jak tam zakład był taki malowany, co robiły kilimy to na te, to tam miały swój taki co uone tam malowały to wszystko, same malowały.
TZ: Ale przędzalnia to była wełny
J.F.: w Łukowie
ZT: przed Łukowem, jak taka miejscowość się nazywała to ja nie powiem, ale myśmy nie dawały tam. Ja raz zawiezłam tylko na swetry białom wełne, żeby w Puławach mi zrobili swetry maszynowo, bo to kiedyś nie szło tak kupić w sklepie. To była, jedna była pojedyncza nitka, a druga była kręcona, bo tak tam robili. I tam mi właśnie na te swetry, to białe, zawoziłam białe i białe te swetry robione były. To na Fabryczno, znaczy bo tu w Puławach mi zrobili te swetry. A tak to przeważnie sama przędłam, na takie to już sama przędłam.
PRZĄDKI
ZT: Przyjemnie było, bo to w wieczór jak się poszło z tym kołowrotkiem na prządki to dwanaście, dziesięć osób. To przecież jak się siadło przy ścianie, do godziny pierwszej, do dwunastyj
JF: i to przy lampie
ZT: przy dziesiątce lampie to kto miał dziesiątke to było bardzo dobre światło. A były piątki lampy to było tak jak tera księżyc świeci, tak wyglądało, a myśmy to w mieszkaniu, ale było wesoło. Młodzież, chłopaków naprzychodziło się przecież i dziewczyny. Dopokąd przędły to przędły, to pióra darły, na drutach się robiło, ale później od godziny jedynasty zabawy. A to w pomidora bawiły się, pamiętasz Ty? W pomidora, albo w tą
JF: No bo przundacy jak przychodziły, i co było, no rozwalały i trza było zabawki robić rozmaite.
ZT: Czekaj no, jaka to była zabawa. W kule,w te, w złoto kule, w złoto kule. […] Kładło się o ja mam złoto kule, dawaj ręke, składaj tak (w dłoń jednego z graczy wkładany był przedmiot) , komuś tam popadła ta złota kula. Teraz trafiaj, żebyś dostała te złoto kule, jak trafiłaś kto ma te złoto kule. A ta nie ma złotej kuli, a powiedziałam na nią no to ja przegrałam. […] Złota kula to cicho było.
JF: Śpiewać to osobliwie śpiewały. Z początku jak przychodziły to te panie, co były tam dziesięć, czy ileś, czy osiem no to śpiewały, to, aż się mieszkanie rozlegało jak śpiewały.
ZT: Ale to panie, to było tak wesoło, że to tak jak małe dzieci to my dorośli śmy to robili. I było bardzo przyjemnie, teraz nie ma rozrywków w ogóle.
ZT: A pomidor. A co to jest?
JF: Pomidor
ZT: A co to je? O uśmiała się, przegrała, już idzie druga pomidor.
JF: Takie wymyślały jak się już zbrakło tych ślinów i tego wszystkiego to tam wyszło się na pół godziny czy na godzinę.
ZT: A przecież poczęstunki były. Surowa kapusta z olejem, z cebulką.
JF: Kartofle pieczone pod popiołem.
ZT: I miche kapusty, każda ręką łapała, jadła i tam nikt nie patrzał.
JF: No i chleba poszło, bo kiedyś to piekły chleb to pani jak była świeża bułka to mało było na takie dziesięć, a chłopaków jeszcze było to po kawałku połamały i z tom kapustą zjadły.
ZT: A u nas było bardzo wesoło, bo mieliśmy takiego muzykanta, starszego pana. To tam chłopaki się zebrały na papierosy, na paczkę mu dały, a on cały wieczór grał nam. I to było naprawdę wesoło.
JF: Tak w domu było siedzieć jak i tu grać.
MG: A ten muzykant na czym grał?
ZT: Na akordeonie
MG: Tańce były przy tym?
ZT: Ach tak, warstaty, te kołowrotki pod ściane i tany na środku chałupy.
JF: Jak kto umiał.
ZT: Ale jak się poszło to trzeba było umieć prząść, żeby szpulkę uprząść. Co drugi ząb, bo mama pyta: - Uprzędłaś? - No cała szpulka uprzędziona. Patrzy no tak szpulka, a tam co drugi ząb uprzędziony. Nie ma co ząb uprzędzione, tylko co drugi, na mijano, żeby prędko uprząść, żeby był dla rozrywki czas. A jak jedna wzięła, miała pióra i z piórami była, darła pióra a, żeby zedrzyć te pióra, nie zdarła, bo nie było kiedy, bo się wszyscy bawili to i ona. To wzięła pióra w śnieg wsadzała garście, a tu najeżyła trochę piór, że już ma cały garnek. Zaniesła, wsypała do beczki te pióra no i zdarła. Śnieg zginął, złodziej wyszedł, bo pióra pod płotem. Mama:- Na drugi rok pójdziesz ty z piórami! To było, różne hopki były robione.
JF: To było kiedyś wesoło, bo jak te przundki chodziły, to przecież to było, rozrywka, naprawdę była rozrywka. Tera to już, żeby nie wiem jak, jedne tylko telewizory su i to jedna do drugiej nie zajrzy, bo nie ma kiedy.
ZT: A to nudne.
MG: A ile trzeba było mieć lat żeby już na prządki iść?
ZT: No czternaście lat, już od czternastu lat robiły w wieczór. Lekcje odrobiły, a na wieczór już szło.
JF: No, ale tak specjalnie to nie, tak przy kimś, przy tych starszych to tam śmy tak chodzili, ale tak to jeszcze jak lekcje się odrabiało to jeszcze nie bardzo pozwalały iść.
ZT: Nie bardzo, nie, nie jeszcze.
JF: Bo chodziło, żeby szkołe pilnować, ale tak jak już przysły przundki do siostry albo do kogoś no to już się tam siedziało. Jak ja mała byłam to płakałam, żeby mi mamusia jeszcze dała kołowrutek, to taki stary dała mi korowrutek i tych wirzchołków dała mi do przędzenia, bo ja też musiałam razem w rzędzie siedzieć z samymi przundkami, no bo to było dziecko, ale to była taka tradycja, trza było siedzieć. Jak zacełam przunść to tam paluszkiem trzymałam mocno, a to paluszek młody, jak się zaczęło prząść, uprzędłam te paro zębów, a tam tak leciało i grubiej i wolniej i cieniej, jak tam popadło bo przecie tam wiedziała matka, że to nie będzie do zużytku tylko do spalenia. Ale godzina dziewiunta, czy tam dziesiunta, już mi się palec wyprządł, że już mi tu krew leciała z paluszka, bo to cieniutko skórka, a to były te kolce, jeszcze te pakuły, z samymi łuskotkami były, to najgorsze były. No i w płacz i zawinęła paluszek, posłam spać i skończyły się.
ZT: I po przondce.
JF: Ale musiałam przesiedzieć z niemi bo inaczej to nie. Nieważne było. I tak się naucyłam.
MG: No a jakieś pieśni panie pamiętacie, jakie na prządkach się śpiewało?
JF: No te pieśni, no może tamtych pieśni nie pamiętam się dobrze, ale czekaj jak toto było
ZT: Szła dziewczyna…
JF: A, …koło młyna, to terajsze
Szła dziewczyna koło młyna
Szła dziewczyna koło młyna
Robić jej się nie chce
Gdy spogląda na słoneczko
Czy wysoko jeszcze
Nie wysoko ji nie nisko
Chwała Panu Bogu
Wzięła sobie poduszeczkę
Poszła do ogrodu
W tym ogrodzie, w tym ogrodzie
Trzy wianki uwiła
Jeden sobie, drugi jemu
Trzeci powiesiła
Powiesiła, powiesiła
W sieni nade drzwiami
Gdy spojrzała na wianeczek
Zalała się łzami
Latka moje, młode lata
I piękna uroda
Przeminęły, przepłynęły
Jak ta bystra woda
Przepłynęły, popłynęły
Jak ta bystra woda
W sadzie przy drodze
W sadzie, przy drodze
Między jabłoniami
Wtenczas panny kochać
Wtenczas panny kochać
Jak jesteś pijany
A jak otrzyźwieje
Serdecznie żałuje
|: Przez cztery niedziele
Przez cztery niedziele
Na serce choruje :|
Trzeba się zapytać
Mądrego lekarza
Kiedy panny kochać
Kiedy panny kochać
Z rana, czy z wieczora
Rano ją pocałuj
Żeby pamiętała
|: Wieczór ją pokochaj
Wieczór ją pokochaj
Żeby dobrze spała :|
JF: uoj, to tam tych piosenków jest, ale to starodawne, ale z tamtych, co tam śpiewały kiedyś te nasze, tego, to już my to tego, trudno pamiętać.
ZT: To „Stoi oset koło płota” to jest starodawna piosenka, ale ja jej całej nie pamiętam.
MG: To pani Zosiu tyle ile pani pamięta.
Stoi oset koło płota
Stoi oset koło płota jeszcze nie tykany
Nie rozmawiaj grzeczna panno z kawalerem wiele
Bo kawaler, bo kawaler ma [niezrozumiałe]
Nie oszukasz żadnej panny kawalerom wzięto
ZT: nie umiem dalej, nie pamięm dalej, tyle […] my śpiewałyśmy, właśnie w Adwencie śmy się uczyły weselnych śpiewać, bo później był już karnawał to wszystkie weselne piosenki śmy śpiewały. Tak jak śpiewaliśmy zawsze najczęściej:
Przez ten Bałtów wieś
Przez ten Bałtów wieś jest tam piesa jest
|: Udeptała ją Kasieńka co nosiła jeść :|
Jeść mu nosiła, Boga prosiła
|: Dopomóż mi mocny Boże bym Twoją była :|
Ja będę Twoją, a ty będziesz mój
|: Pamiętajże grzeczna Kasiu z innymi nie stój :|
Ja będę stała, i rozmawiała
|: Bom od ciebie mój Jasieńku słowa nie miała :|
JF: no i tyle.
KOŁOWROTKI I WARSZTATY TKACKIE
MG: Jeszcze chciałam zapytać o te warsztaty właśnie i o kołowrotki? Kto to robił? Skąd się brało? Od kogo?
ZT: U nas robił Pan Osiak.
JF: A to kołowrotki.
ZT: Kołowrotki
JF: Kołowrotki robił.
ZT: A warstat to mój tatuś zrobił mamusi warstat.
JF: Przeważnie każdy gospodarz kiedyś umiał, każdy gospodarz. Snowadlo, tak jak mój uojciec też, było to, matka się nie prosiła. I snowadlo, i do nawijania, i do warstacików robić na te nicielnice, na to, wszyściusieńko zrobił, wszystko jej zrobił sam i warstat to był naprawdo. Jak tam już fachowiec jak zrobił no to może tego, ale jak tam niektórzy może dokładnie nie zrobili to tam skosa troche się robiło. Ale w każdym mieszkaniu był po jednym, po dwa warstacie było kiedyś, bo to tylko z tego żyły. […] Same mężczyzny zrobiły. A jak już był tam taki niezdara, co nie umiał zrobić to sumsiad, albo ktoś z rodziny zrobił. Ale każda jedna kobieta musiała prawie mieć warstat.
[…] ja ten warstat to dostałam po prostu, bo ja swój to zaniedbany był, te samo, i jak się ożeniłam to później uojciec wyrzucił go na tego i to było, a zresztą to i wcześniej nie robiłam tego to wyrzucił i to zgniło zatem. Później dostałam w prezencie drugi warstat od takiej pani. Sama ona mówiła, taka Michalakowa się nazywała, mówi: „Ja już nie będę robić, a ty – goda - dobry warstat robisz”to, jak później do tych twórców należałam (Stowarzyszenie Twórców Ludowych) bo przedtem to nie robiłam, a później jak należałam do tych twórców to znowu trza było odnowić bo i gospodarka i dzieci były to nie miałam kiedy zrobić, a później to robiłam na tem. A tam co teraz miałam to sprzedałam ten warsztat bo już przecież poszedł do Chełma.
ZT: Twój warstat posedł do Chełma, a mój poszedł do Wojciechowa.
JF: I uparła się Pani żeby sprzedać. I przyjechała, sprzedałam, wzięła. Miałam już nie robić przecież, bo już takeś my mówili że nie będziemy robić, już kuniec. No i jeszcze się okazało, przeprosiłam ten co ma sto paro lat, przeprosiłam i jeszcze robie na niem. Teraz się zepsuło co nam się złomała ta, ale teraz w domu już sobie to założyłam, przerobiłam dwie prążki i rozleciało się to i sama sobie zrobiłam, tam listewką. Teraz to aby zięć mi przewiercił dziurki i tego bo maszynką nie umiałam elektryczną tego zrobić, a drutem mi się nie chciało przepalać tych dziurków. Zrobiłam se sama i dalej se robie, znowu będzie jeszce na jakiś cas.
MG: Zdarzało się tak, żeby mężczyźni robili na warsztacie?
JF: Tak, tak o tej sąsiadki mojej co poszliśmy żeby przyszła jak nie tego, to mówi, godo:„Nie, bo jak mąż przyjdzie to on, bo on to wszystko nawija i tego i robi na warstacie to uon będzie robił.” A tera jak się słyszy po tych to jak nieraz my te pasiaki robiemy to mówieli: „uO mój uojciec toto robił, bez przerwy te pasiaki robił. […] Tylko, że kto był chantny, bo ta, co jej mąż robił to jeżeli byłaby chatna ta pani to na pewno by nie pozwoliła mężu robić tylko sama by zrobiła, ale jak była jakaś lepka, albo coś nie umiała, nie chciała się podjąć do tego no to mąż zrobił i było tak i tak i tutaj było w tych gospodarkach jak my śmy byli.
PŁOCHY I OSNOWA
MG: A płochy to skąd się brało?
JF: Płochy to się kupywało.
MG: Gdzie się kupowało?
ZT: W Rykach.
JF: Też był u nas taki Sikora Julek co robił, poprawiał, ale żeby taką całą zrobić to nie. Ale to było masowo tego. Gdzie nie poszła pani, czy w Rykach, czy gdzieś to masowo tego było.
MG: Na targu też tak można było kupić?
ZT: Tak, tak.
JF: I dziś jeszcze można kupić płochów. Tylko każdy z takich babków majo jeszcze tam na strychach. Nicielnice to już zjedzone są uod myszów, uod moli, od tego, a płocha to jeszcze jest dobra. […] Ta Tadzia Kędziorowa to jeszcze mówiała: - uOj weź sobie ode mnie, weź. A na co mi to i ja mam pełno płochów. Tylko już takie niezdatne so bo kiedyś to tak i w dwudziestko się robiło i dwadzieścia cztery i dwadzieścia dwa i dwadzieścia sześć się robiło.
ZT: I uosiemnaście.
JF: No osiemnaście to już było całkiem na takie worki rzadkie było […] a najlepsze to było to cienkie na dwadzieścia osiem, to już było, na dwadzieścia sześć, dwadzieścia osiem.
ZT: Brat przyjechał i przywiózł mi wełne i mówi tak:
- Potrzebno mi - bo miał dwie córki - potrzebno mi cztery kilimy, zrób mi cztery kilimy.
Ja mówię: - Staszek wszystko zrobię, ale ja nie mam snowadli, na czym osnuć, bo mi się snowadla rozleciała. Zepsuła się w drabiazgi.
- A masz towar na te snowadle?
- no mówię mam, no co towaru nie ma, cztery kije i snowadla.
- A gdzie masz?
- No w szopie są.
- No to chodźmy. Znasz wymiar?
- No pewnie że znam.
- Na pamięć?
No mówię: - Na pamięć ci znam.
Wyrysowałam mu na papierze snowadle, wziął siekierkę i za godzinę czasu zrobił mi snowadle. - Teraz mi nie powiesz, że nie masz na czym osnuć.Bo chciał te kilimy żeby mu zrobić. No i zrobił mi snowadle ja na drugi dzień osnułam i zrobiłam mu te kilimy, bo mu zależało, bo to na prezent miały być. Z tym, że wszystko gotowe mi przywiózł. W kłębkach zwinięte, w kolorach, wszystko, aby robić. No to zrobiłam mu te kilimy i snowadle miałam do tej pory. I właśnie ta Pani co kupiła z Chełma od niej warstat, a ode mnie to snowadle wzięła. W dobrym stanie bo to nie była scheblowana, nie była wydelikatniana, tylko była spod siekiery. […]
MG: Na wąskie chodniki to jaka płocha?
ZT: Dwadzieścia cztery.
JF: Tak tylko, że to nie idzie co każda treść, tylko co trzecia nitka jest i przez to rzadkie, tak jak na druga stronę pan przekręci, zobacz pan jakie to rzadkie jest. To trzeba było grubsze nici, ale żeby dwadzieścia cztery, ale co czwarta treść przełazi.
ZT: Dlatego, bo to jest, rzadko musi być bo to by włos nie wyszedł. Skórka by nie wyszła. […] musi być bardzo rzedziutko robione, dopiero ten włos wyjdzie. […] Ja to skórki zdobyłam jak kasowali w Kurowie, i to takie cienkie te skórki. […] i nie trzeba było wcale prania. Wytrzepie, pójdę i to lata.
JF: Jak kilimy wełniane to wytrzepać.
ZT: Na śnieg, czy tam kiedy śnieg padnie to wtedy na śnieg wywrócę, wydepcze, wydepcze albo wytrzepie w śniegu i to wszystko się upierze mi. […]
MG: Jak tą osnowę zrobić? Jak to się liczy? Jak jest płocha powiedzmy 24?
JF: Pani kochana, ile ma płocha gunków tyle trza stawiać w nią. Bo jak pani zostawi jeden gunek, czy dwie to się umina płocha i jest niezdatna, psuje się. Bo uuna wtencas ściąga i się psuje. Tylko tyle czy jest dwadzieścia jeden, czy jest dwadzieścia cztery czy, dwadzieścia sześć to trza już w cało płocho snuć.
MG:i to po jednej nici?
JF:Tak. Bo takie płótno jak na tamte lniane szło to szło dwie nitki w jedną treść. Bo szło cztery nicielnice, a teraz śmy poodyjmali to idzie dwie nicielnice i jedna nitka idzie w każdą treść. Bo musi być rzedsze, a tamto musiało być dubeltowe to musiało być takie gęściutkie.
ZT: Najpierw jak się zaczyna robić to trzeba przeliczyć sobie płoche. Wtedy dopiero się wie na ile, bo my to już pamiętamy, która ma dwadzieścia cztery, która ma dwadzieścia sześć, która ma dwadzieścia. To pamięta się, ale ci co nie pamiętają to trzeba se przeliczyć. To tam jest po osiem nitki, taka zwana gunek.
JF: Gunek, tak, pół gunka jest osiem.
ZT: I my sobie bierzemy to, jak się kupi nowu płochę gunkujemy. Przegunkujemy to wszystko wiemy jaka ta płocha już jest. […] Bierze się, pani mówi że płocha ta dwadzieścia cztery, jak przędziemy to przędziemy grube nici po jedenaście pasmów na motek, take. Trzydzieści dwie nitki w paśmie. To wiemy ile ma metr już cały ten motek. Wtedy dopiero to, ile tam sześć, siedem takich motków mamy. Zbijamy te metry razem ile ich jest. Bo ja to na metry, bo ta to robi znów na gunki, a ja na metry. I wtedy widzę ile mam sześćset metry, czy pięćset metry. Dzielę to na tą płochę i wychodzi mi suma na ile metry mam snuć. Czy snuje na dwa metry materiału, czy snuje na dziesięć metry materiału, czy snuje na osiem metry materiału. To ja tak mnożę sobie, a ona znów inaczej robi. Ona na motek.
JF: Na motowidle to na cztery, cztery metry z motowidła to wychodzi mi, zakładam sobie taki smolok, kawałeczek smatki, albo jakiś nić wełny i to od tego do tego mam cztery metry.
ZT: A ja jestem ciemna.
JF: Bo ty inaczej byłaś naucona
ZT: Ja jestem ciemna, na smoloki ja nie rozumiem nic i razem robiemy, ale więcej robimy na metry. Jak wyliczę na metry, tak w końcu jak kupie metry, pięćset metry kupie szpulkę to sobie liczę na jaką płochę ja mam robić. Aha, będę robić na tą, na pięćdziesiąt sześć, to mi wyjdzie co, pół metra materiału tylko, z pięćset metry. Bo tak mi wyjdzie, bo idzie w szerokość, a w długość idzie krótko. I to właśnie to się tym mierzy. A koleżanka robi inaczej, ale wszystko to idzie na jednakowo wyjdzie.
JF: Bo na warstacie nie ustąpi.
Trzcionkowska Zofia, Józefa Furtak
Wywiad z Paniami Zofią Trzcionkowską (ZT) i Józefą Furtak (JF), tkaczkami z Bałtowa, powiat puławski, woj. lubelskie.
Wywiad został przeprowadzony przez Martę Graban-Butryn (MG) i Karolinę Waszczuk (KW) w dniu 9 września 2011 r. w ramach projektu Letnia Szkoła Tkactwa Tradycyjnego. Wybrane ośrodki tkackie.
Zofia Trzcionkowska: Jestem z Bałtowa, urodziłam się trzydziestego drugiego roku, drugiego listopada, tak że mam rok po prostu przypisany na, a o rzeczywiście żyłam dopiero dwa miesiące […] Wychowywałam się w Bałtowie, tak, że do szkoły podstawowej chodziłam w Bałtowie, później chodziłam w Żyrzynie. Od lat szkolnych podpatrywałam mamę, babcie, bo babcia robiła jeszcze, na warstacie tkała i mama robiła, tak, że lekcje się uodrobiło, a swoim porządkiem tam gdzieś okiem się rzucało na warstat, na kołowrotek jak przędła babcia czy mama, tam któraś zawsze, całe wieczory były spędzane.
W końcu skończyłam szkołę, poszłam do pracy. Pracowałam w Puławach. Przy szkole pracowałam. I wtedy zaczęłam już robić na warstacie samodzielnie, bo babci już nie było, mama była jeszcze, tak, że robiliśmy to w sezony zimowe, bo już w wieczór było wolna chwila, w dzień nie było […] Wyszłam za mąż no i zaczęło się gospodarstwo rolne, później tkactwo. Wpisałyśmy się najpierw do koła gospodyń, no koło gospodyń zaczęło pracować, w końcu to wszystko nie dało pracy takiej, żeby z tego coś dochód jakiś był. Zaczęłyśmy tkać na warstatach. I mama jeszcze trochę mnie tam poduczała i robiłyśmy chodniki, płótno przeważnie,bo to nawet ktoś tam nie mógł wydążyć sobie zrobić to przynosił, żeby coś zrobić, tego płótna na ten, pościel, bieliznę, bo to do wszystkiego było kiedyś potrzebne.
Kiedy już mamy brakło zaczęłam sama pracować przy tych warstatach. Zapisałam się […] do Klubu w Puławach, Twórców Ludowych. Tam cztery lata, może trzy, nie wiem dokładnie już nie pamiętam, należałam do klubu i weszłam do STL-u do Lublina (red. Stowarzyszenie Twórców Ludowych). Tam jużśmy dawali pracę do oceny i nas już wysyłano po jarmarkach z chodnikami. Robiłyśmy chodniki, kilimy na szerokim warstacie robiłam i na wąskiem robiłam, to w zależności jaka była potrzeba. Z wełny przeważnie, z początku malowałam sama kolory wełny żeby to wyszło, później było to za ciężko już, bo było dużo pracy z tym przewijaniem. Tak, że naprawdę to się opłacało kedyś. Teraz się nie opłaca nam już.
Wysyłali nasz po tych kiermaszach, bardzo szło to wszystko, te chodniki szły. Ale z tego warstatu robiłyśmy tak: na worki do gospodarstwa było potrzebno, na płachty czyli prześcieradła, teraz tak mówiąc, na fartuchy, na koszule, dla mężczyzn na koszule, na kalesony. To wszystko było z tego warstatu, z tego tkactwa, z płótna, z tym, że to było ze lnu robione, lniane, bo wełniane to tylko były kilimy. A rzeczy takie jak na samodział nieraz, bo tak można było robić, ale tego nie robiłam ja, samodziału nie robiłam, nie mogę się pochwalić, bo tego nie robiłam. Ale z tym, że później z tego były, z płótna szyte sukienki, były, wyszywało się paseczki, u dołu się wyszywało, koło szyi się tam lamóweczke jakieś robiło do sukienek, bo się wybieliło to płótno i było bardzo ładne, zdrowe były te rzeczy. Później śmy już to płótno zostało, jeszcze mamy kawałki płótna, bo już weszła taka po prostu, no zmiana ustawy i to już nie szło, nikt nie chciał chodzić w lnianych rzeczach, bo to były niewygodne, dla nas były wygodne, bo były zdrowotne, ale tak jak młodzież, no nie będzie takiej koszuli nosiła przecież, bo już są inne rzeczy, a to jest nietradycyjnie teraz, już po prostu się wstydzili tego. Fartuchy śmy mieli, wełniane fartuchy, takie do strojów, do kościoła chodziły. Teraz już tego nie nałoży. I my już tak, że przestałyśmy te fartuchy robić wełniane. Robimy jeszcze, ale take, jak mamy len, lniane take do prac, gdzieś tam koło kuchni się zapasać, czy do jakieś tam, iść ziemniaki wybierać, czy tam coś takiego, co tak.
Józefa Furtak:Zamieszkała jestem w Bałtowie. Nazywam się Furtak Józefa. Rok urodzenia trzydziesty piąty, piątego stycznia. Na warstacie zaczęłam robić to bardzo wcześno, bo ja nie miałam rodzicy […] ja musiałam się uczyć, nas było cztery, córki było, siostrów miałam cztery. Tak, że najstarsza, ta co chodziła przuńść to była najstarsza, to już una tam próbowała, ale później ona się ożeniła to ja już tylko z tą młodszą siostrą robiłam. To takeśmy robili, ni pomóc nam ni mioł kto, bo mamusia wcześno zmarła, odeszła, to babcia była już starsza, bo miała osiemdziesiąt dwa lata, tyż nic nie mogła pokazać. To na warstacie pierwszy raz […] siostra starsza chciała zdjunć no to zdjena ze snowadli, jakeśmy snuli, to zdjana, a nawinąć nie miał kto. I dopiero ja miałam pitnaście może lat i czepiłam się mówię: - Co nie bundzie! Nie było to dużo motków tam osiem czy sześć motki było, ja mówię spróbuje. Poszliśmy do sunsiadki, sunsiadka nie chce przyjść bo ona mówi, ona tam nie ma siły do tego. Druga też nie, a ja wiem jak sobie nawiniecie tak będziecie mieli. No trza było ryzykować. I pani wzienam za te rydki, wszystko śmy pozakładali na ten i nawinęłam na ten warstat. I od tamtej pory pani do dzisiaj nawijam. O taka próba, bieda nauczy wszystkiego. No nie tak? No bo to się mówi, jakbym miała matke to bym tego nie zrobiła, ale starsa siostra była i ona nie chciała, ona osnuła na snowadle, i na tego i zdjunć zdjęła, a na warsztat bojała się nawinąć, no a ja znowu. I takeśmy robili później dłuższy czas. […] I też jakeśmy chodzili jeszcze na prządki to ojciec mi nie dawał, nie pozwalał, bo umiałam na drutach robić i szydełkiem umiałąm robić, ale nie pozwalał my, bo un mówi, un bał się, bo to kiedyś tak jak bez koszuli to nie było ruszyć się można, na wiązko trza było takie derko jak się mówi, taki gałganiarz zrobić, na koniowi tako torbo zrobić, żeby było w co siecko wsypać, bo tera to nie ma ni kuni, ni wszystkiego, a tak to trzeba było i na wiązko i na worek i wszystko szło się na koszule na tą, on gado: Kto mnie tera urobi? Musita się uczyć i musita we dwie tylko bo to zostaliśta i musita.
LEN
ZT: W maju siało się len, tak jak już nie było mrozów, żeby nie było mrozów. A najlepiej jak moja babcia zawsze mówiła tak: „- Nie siejcie lnu wcześniej jak żaby nie będą śpiewać, bo jak żaby zaczną śpiewać to wtedy już mrozów nie będzie.” A len jest delikatny. No to jak myśmy latali tam wieczorem tam jak dzieciaki i słuchaliśmy kiedy te żaby tam będą śpiewać. No już zaśpiewajo, lecimy. „- Babciu już żaby śpiewajo, już można lyn siać. - A gdzieście słyszały? - No słyszałyśmy, tam gdzieś tam.” No to już dobrze, to już babcia na drugi dzień w fartuch i tam któregoś z gospodarzy no i chodźcie zabronować bo zasiejemy len. No i zasiali ten len. Len rósł, chwasty w nim, bo nie było pryskane, trzeba było to pielić. Urósł dziesięć centymetry i trza pielić. Kilkakrotnie raz nim zakwitł. Zakwitł to kwitł jeden niebiesko, jeden biało. Wielolen to był biały i był grubszy, a niebieski był len to był len drobniejszy. […] No, rosł, zakwitł ten len, okwit, miał take bombelki,
JF: nasienie takie, dzbanuszki takie maniuńkie, maniuńkie takie
ZT: nasienie, w takich, dzbanuszki takie były. Trzeba było czekać żeby dojrzały. Dojrzał ten len i go brać trzeba rwać. Już zżółciał tak, nasionka pełne tego było. Wyrwany ten len, wysuszyć go w snopeczkach takich żeby usechł, na polu i się przywoziło albo do domu albo nie. Jak u nas tak mieli o blisko tośmy brały kawałek płachty, pniaczek, tłuczek i te snopeczki się uobijało, otłukało się to nasienie. Otłukło się to nasienie z tego lnu i powiązało się te snopeczki, po dziesięć, po dwanaście, snopeczki w takie wiązki. I do stawu, czy do rzeki, czy gdzieś tam do rowu obojętnie gdzieś go zamoczyć. Trzeba było kołki dwa bić i te snopki się układało, te wiązki już znaczy. To tam było dziesięć, pitnaście tych wiązek. W zależności ile kto miał tego lnu. I znów wbite kołki dwa, tu przykładało się błotkiem, albo jakąś ciężkim czymś takim, palami nieraz, żeby się zamoczyło, żeby zanurzyć w wodzie. I to miękło w zależności od jego grubości, żeby ta słoma skruszała się. Jak się skrusiło to tak tydzień, półtora. Ten gruby to szybko przeszła ta słoma, skrusiło i to tak o się próbowało. Włókno zostawało, a ta słoma odlatywała to już trza wyciągać z wody. Wyciągnęło się go z wody i na ściernię, czy na łączkę, gdzieś na coś, rozłożyć, wysuszyć. Wysuszyło się i jak już wysechł związało się w snopeczki i gdzieś pod płot, czy pod mieszkanie gdzieś, czy koło uobory, przeważnie to koło uobory zawsze było, rozkładało się snopeczkami, żeby wysechł. Jak wysechł, międlić. Na takiej międlicy jakśmy miały tam, bo i tu mamy w podwórku to tam są międlice, omiędlić. Została ta słomka, wytrzepana, na cierlicę, znów wysuszyć to omiędlone, brać garściami na cierlice. Cierlico opotrzyć to, zwinąć na takie wichutka, te garstki zrobić, powiązać, wysuszyć go ponownie. Przeważnie do pieca się kładło po chlebie.
JF: Tera to by nie było gdzie wysuszyć. Już się chleba nie piecze i pieców nie ma.
ZT: Jak się wysuszyło i nareszcie wtedy na szczotkę, do czesania. […] I wtedy dopiero na to szczotke, co tak grzebień inaczej mówiąc, ale to szczotka popularnie. Na jedno wyczesało się, składało się, a jak było dwie gospodyń w domu czyli matka z córko to jedna miała szczotke, druga miała pacoska to znów był grzebień gęsty taki, żeby ten został sam, dobry włos, taki len ten.
MG: Bez tych paździerzy takich? Tak mówili paździerze?
ZT: No mówili, paździura, paźdiura, tak, paździura.
JF: I tera jeszcze jak się trząsło uo tak, pod cierlicą, żeby toto wyleciało, te paździurka.
ZT: I wtedy już jak się powiązało w take pęczki i do kołowrotków. Uczesało się to, w rynkach znów, tak na jakiś tam ławce i się uokręciło w kądziołkę, na kręziołek zwany i do korowrotka. To już wtedy się ciągnęło ładnie całe, a te odpady to się trzepało drutem takym. Mnie zawsze mama dawała drut, bo -„Ty będziesz trzepać”. Trzepałam ten pacoski i pakuły. To była różnica jedno albo drugie, wytrzepałam i takie uokrągłe robiłam zwitki. I w worek się to układało znów do przędzenia. To mamusia przędła z tych kądziołków, a ja przędłam z tego worka te pakuły, bo to było dla mnie za dobre dać. Bo po prostu zawsze było mówione, że trza było cieniutko, a z tych pacoszków to było dobrze. No to już jak się uprzędło to, zwiło się na motowidło z kołowrotków i wtedy dopiero do prania. Prać. To na lutego się szykowało zawsze pranie jak największe mrozy. To w take potocki zwane były, ale inaczej, tak jak beczka wyglądała, tylko od spodu miała dziurę, żeby później ta woda odchodziła, ale w to dziurę się wkładało słomy kilka ździebeł, tak zrobiło się zawiniuntko i się włożyło. Tam szaflik się podkładało pod to, ułożyło się pełnu te potocke tych motków, na wierzch się kładło szmate.
JF: Ale jeszcze się sypało i popiół.
ZT: Najpierw szmatę.
FJ: Ale w te motki się sypało popiół.
ZT: U nas nie sypano było nigdy popiołu w motki, nigdy.
FJ: A my tośmy sypali.
TZ: Tylko było układane, a popiół był na te szmate sypany. To było tak grubo popiołu trzeba i popiół był tylko biały sypany taki
MG: Z jakiego drewna ten popiół?
ZT: Właśnie, z owocowego i z jałowcu tylko nadatny był.
JF:Z wirzby najlepszy był. Wirzbowy popiół, biały. To już takie motki wychodziły bielutkie.
ZT: Bielutkie. I wtedy się kartofelek kładło pod to szmate, lało się dotąd wrzącu wodę, aż ten kartofelek się ugotował. A ta woda, która spływała przez te motki, w ten szaflik to się ponownie brało, nalewało się w naczynia, nie wylewało się, i ponownie się gotowało. To trzeba było nieraz cało noc siedzić jednej, bo to nie można było przerwać, żeby to gotować, bo jak kto miał suche drzewo to szybko to zrobione było, bo woda ta gotowała się warem i przelewało się to. A jak ktoś miał mokre drzewo, słabo się paliło to wiadomo, że woda się dłużej
JF: Choćby nawet i szybciej, ale nie zdążyło to uodcieknąć, bo musiało to przez ten copek, tak się nazywał taki ze słomy, musiało to uodcieknąć. To było tak jak na trzech nogach, jak ten stół, a pod spodem dopiro była dziurka i tak się tutaj musiało ściekać z tego.
ZT:I wtedy dopiero to na drugi dzień wybieraliśmy, ten popiół się wyrzuciło, całkowicie tam gdzieś, a te motki, w szafliki i do prania na ten mróz. To jak był mróz dobry no to był dobry dzień do prania. Się szło na lód, przeręble robione było, kładzione było take worki były ze słomu pod nogy na ten lód i tam się cały dzień siedziało i kicało się tu. To take suple lodu przy rękawach, przy kijonkach, przy rękawach, bo kijonkami się trzepało to przy tych rękawach, a ręce były gorące. Jak się wkładało do tej wody to woda parzyła, a w rękach było gorąco.
JF: I od rana do wiecora na tam lodzie się przesiedziało.
ZT: Przesiedziało się.
JF: Bo trzeba było dobrze go wypłukać. […]
ZT: Do siedmiu do uośmiu wodów. I się płukało w tej wodzie i ponownie na te deske i ponownie się płukało.
JF: Tak jak koszule się płukało. Kiedyś jakeśmy prali też przez trzy dni prawie. Dwa dni to już na pomoście trza było przesiedzieć, a jeden dzień przyszykowywać.
ZT: I jak wtedy już uprane było, wysuszyć trzeba było to, to na płocie się wieszało, żeby wymarzły te motki. To były dobre. I wtedy wiło się na te kłębki. Jak już się zwiło na te kłębki to tak jak na te snowadle te szpulki co szły to wtedy lniane te kłębki szły. I się uosnowy robiło, uosnowe się zrobiło, na warstat naciągać trzeba było ponownie i siadać i robić. To rodzaje były: cienkie płótno na bielizne, na pościel, czy prześcieradła czy powłoki były szyte też. Grubsze płótno na koszule, to takie z tych pacosków. A jeszcze z pakuł na worki. To rodzajów było kilka. Na worki poszło to, na fartuchy, torby.
JF: Torby szyły dzieciom do szkoły, bo nie było w czem nosić. Spodnie szyły takie.
ZT: A na spodnie to malowaliśmy nawet na czarno, na granatowo malowało się.
MG: I to też farbami tymi kupnymi?
ZT: Też temi farbami.
JF: To do partu już znowu były takie farby.
ZT: Do partu, to były takie lżejsze farby, ale to wszystko było ręcznie robione. I tak całe lato przy lnie robota, cało zimę przy towarze robota, przy tym. I chodniki na tym robione były, i szmatki cięte. Teraz so szmatki wszystko nowe, a kiedyś to ze zużytych szmat były brane i z tego się robiło.
MG: A kiedy się rwało len?
ZT: Kedy go sie rwało? Jak już dojrzał, bo to jak ktoś wsiał wcześniej to wcześniej miał. A jak już tak na lipiec, sierpień. Rwało się, nie kosiło, z korzonkem.
JF: Jeszcze na dwa sorty się rwało. I z wierzchu ładniejszy, a od spodu gorszy był, ale to jak tam wyjątkowo ktoś chciał, ale my tośmy już na raz rwali.
ZT: My to jeszcze na dwa, bo zawsze mamusia ten ładniejszy to większe snopki były, dłuższe, a ten mniejszy to
JF: Twoja matka dłużej żyła, a moja mamusia wcześno zmarła, miała pięćdziesiąt dwa lata to ja później czternaście lat miałam to już musiałam się sama uuczyć i wszystko robić i w polu i to, tak, że już później nie było tych wiadomości, od siostry troszke, od babci, bo babcia dwa lata później zmarła, a reszte to samej trzeba było się uuczyć. To już jak tam wsiałam sobie, jak tam zerwałam tak i miałam. Już mnie nikt nie kontrolował bardzo.
WEŁNA
ZT: Z wełną to było w ten sposób, że miałyśmy owce, obcinaliśmy owce te, wełne gremplowałyśmy na grempli, przędliśmy na taką nić, żeby, i wtedy śmy to malowały sobie na kolory, jakie nam było pasowało i z tego śmy robili kilimy. […] Kilimy malowane i robione, te kilimy. […]metr siedemdziesiąt szerokości, bo już miałam szerszo płoche, kupiłam i na szerszej robiłam. I te to już so nie ze z czystej wełny, tyko już z takiej włóczka jest i take uodpadki jake były resztki z tych, bo to już końcówke robiłam. A tamten to jest wełniany, to przędłam sama wełnę, sama malowałam i sama robiłam.
MG: A owce mieliście swoje? Dużo owiec?
ZT: Tak swoje, no Pani było i po dwoje, i było i pitnaście, jak się pokłóciły, to w jednym roku, jak się rozmnożyli to tego było. Jeszcze wełny to jeszcze jest ze dwa wory tam wełny, nie wiadomo co z tym robić. Nie gręplowana, tylko ścięta, mole się tego nie chwytajo. To te worki są z to wełno, ale po co oni leżo to nie wiem po co.
JF: Skórki, kozuchy się robiło dużo i tera leżo albo palo ludzie to bo nima kto chodzić w tem. Od molów, żeby się uwolnić. A to była tylko moda po prostu, dwa, trzy lata.
MG: Kiedy się to wełnę ścinało?
ZT: Na wiosne i na jesień. Dwa razy do roku śmy cieli u nasz. Bo można było i raz, ale to bardzo się filcowała na owcy. A tak dwa razy do roku śmy cieli.
MG: A jak to gręplowanie wyglądało?
ZT: A gręplowanie to wyglądało, pani, take były jak wałki, jak tartki, inaczej mówiąc, cztery wałki, bo to mój brat cioteczny miał tą gremple właśnie. Cztery wałki i to się kładło na taką deskę, podest taki […]rwało się te wełne i tak się układało to na tym, a to pobierali i oni szarpali te tartki, szarpali te wełne
JF: szczotki takie były
ZT: i na jeden taki wałek to szło […] i to pobierały te tartki i tam na ten trzeci wałek szło.
JF: Już zgremplowano wełno zbierało na czysty wałek, a później dopiero zdejmowało się i każdy w domu ten wałek miał to sobie sortował, na takich korowrótkach my przędli, jak tutaj śmy mieli na pokazach w Lublinie. […]
KOLORY, FARBOWANIE WEŁNY
MG: Jakie były takie tutaj najbardziej w Bałtowie takie uważane kolory?
ZT:[…] Tu bordo, bordo było i ziel, zieleń. Ciemna zieleń i bordo, przeważnie były te kolory uważane.
MG: Czym się farbowało?
ZT: To kupywało się taki środek, take były proszki, take na deka. Kupywało sie to, już wie pani w tej chwili mi trudno powiedzieć jaka to była proporcja, bo to trzeba było wiedzieć. Deko farby na ileś tam wody, ileś tam octu trzeba było wlać, i trzeba było jakąś ilość, czy pół kila wełny, przędzionej, motka, czy sześćdziesiąt deka, czy osiemdziesiąt, w zależności ile mi było trzeba na ten kolor. Tak, że każdy kolor trzeba było oddzielnie sobie to malować w naczyniu innym. To już sama tam była proporcja taka na dziesięć deka dajmy na to, pół deka farby tej, cy tam ileś, w zależności od koloru. Jak ciemny kolor no to trzeba było wiele więcej, jak jaśniejszy to było mniej trzeba było, ale to już sobie samej trzeba było ustalić mniej więcej kolory. Robiło się barwe te i sie nitkę wkładało troszeczkę, wychodziło, patrzyło się o to będzie dobra. To troszke octu jak się dolało więcej to ściemniał ten kolor, no to już, już jest niedobry, bo już jest za mocny. To trzeba było samym decydować nad tym i dobierać to.
MG: A gdzie te farby się kupowało?
ZT: Te farby się kupywało, przeważnie były dobre, sprowadzone w Rykach, a w Puławach były farby też, ale już nie były take naturalne. A w Rykach jak sie kupiło to tacy handlarze sprowadzali skądś tam i przywozili, take barwy były naturalne, a w Puławach to były take barwy przyciemnione. Nie były tak wyraźne.
JF: Bo były w proszkach, a w Rykach to na deka sprowadzały, to tak były już take
MG: a tu już były takie pakowane, w Puławach?
JF: a w Puławach to były pakowane i take już były niepewne te kolory.
MG: A w czym się farbowało? W jakichś garnkach takich?
ZT: Tak w takich, przeważnie ja to miałam taki kocioł, duży zrobiony. Kedyś był tam używany do czegoś innego, a później to tak wkładałam jak robiłam kilimy to robiłam i dwa kilogramy wełny na jeden kolor. Bo jak robiłam za Ryki, tam robiłam sześć kilimy, robiłam, to już musiałam umieścić wszystkie w jednym kolorze. To musiałam w dużym naczyniu, to taki kocioł był zrobiony. A take małe, tam pół kila, dwadzieścia deka to w wiadrach robiłam. […] To trzeba było, żeby sie pogotowały troszke, żeby ten, bo to trzeba było kwasków dodawać żeby to było nie puszczało ten kolor. To żeby to, ten, ta wełna wciągnęła w siebie tę barwę, żeby to już było trwałe. Oj to tam różnie sie dodawało, i sól dodawali, i różne kwaski tam, żeby to przybarwić, każdy miał swoje jakieś tam tradycyjnie takie, ulubione kolory. Na jasnych kolorów nie trzeba było tyle dawać. Do ciemnych więcej trzeba było dawać. No, ale to już teraz ja już tego nie robiłam, z pitnaście lat nie robie tych, na serokim warstacie, bo ja już nie moge. Na wąskim robię, tak.
MG: Jakaś farbiarnia była może, tak, że można było gotową wełnę już kupić, albo zawieźć swoją do farbowania?
ZT: Była taka, ale myśmy nie, to było [...]
JF: W Gołębiu to jeszcze jak tam zakład był taki malowany, co robiły kilimy to na te, to tam miały swój taki co uone tam malowały to wszystko, same malowały.
TZ: Ale przędzalnia to była wełny
J.F.: w Łukowie
ZT: przed Łukowem, jak taka miejscowość się nazywała to ja nie powiem, ale myśmy nie dawały tam. Ja raz zawiezłam tylko na swetry białom wełne, żeby w Puławach mi zrobili swetry maszynowo, bo to kiedyś nie szło tak kupić w sklepie. To była, jedna była pojedyncza nitka, a druga była kręcona, bo tak tam robili. I tam mi właśnie na te swetry, to białe, zawoziłam białe i białe te swetry robione były. To na Fabryczno, znaczy bo tu w Puławach mi zrobili te swetry. A tak to przeważnie sama przędłam, na takie to już sama przędłam.
PRZĄDKI
ZT: Przyjemnie było, bo to w wieczór jak się poszło z tym kołowrotkiem na prządki to dwanaście, dziesięć osób. To przecież jak się siadło przy ścianie, do godziny pierwszej, do dwunastyj
JF: i to przy lampie
ZT: przy dziesiątce lampie to kto miał dziesiątke to było bardzo dobre światło. A były piątki lampy to było tak jak tera księżyc świeci, tak wyglądało, a myśmy to w mieszkaniu, ale było wesoło. Młodzież, chłopaków naprzychodziło się przecież i dziewczyny. Dopokąd przędły to przędły, to pióra darły, na drutach się robiło, ale później od godziny jedynasty zabawy. A to w pomidora bawiły się, pamiętasz Ty? W pomidora, albo w tą
JF: No bo przundacy jak przychodziły, i co było, no rozwalały i trza było zabawki robić rozmaite.
ZT: Czekaj no, jaka to była zabawa. W kule,w te, w złoto kule, w złoto kule. […] Kładło się o ja mam złoto kule, dawaj ręke, składaj tak (w dłoń jednego z graczy wkładany był przedmiot) , komuś tam popadła ta złota kula. Teraz trafiaj, żebyś dostała te złoto kule, jak trafiłaś kto ma te złoto kule. A ta nie ma złotej kuli, a powiedziałam na nią no to ja przegrałam. […] Złota kula to cicho było.
JF: Śpiewać to osobliwie śpiewały. Z początku jak przychodziły to te panie, co były tam dziesięć, czy ileś, czy osiem no to śpiewały, to, aż się mieszkanie rozlegało jak śpiewały.
ZT: Ale to panie, to było tak wesoło, że to tak jak małe dzieci to my dorośli śmy to robili. I było bardzo przyjemnie, teraz nie ma rozrywków w ogóle.
ZT: A pomidor. A co to jest?
JF: Pomidor
ZT: A co to je? O uśmiała się, przegrała, już idzie druga pomidor.
JF: Takie wymyślały jak się już zbrakło tych ślinów i tego wszystkiego to tam wyszło się na pół godziny czy na godzinę.
ZT: A przecież poczęstunki były. Surowa kapusta z olejem, z cebulką.
JF: Kartofle pieczone pod popiołem.
ZT: I miche kapusty, każda ręką łapała, jadła i tam nikt nie patrzał.
JF: No i chleba poszło, bo kiedyś to piekły chleb to pani jak była świeża bułka to mało było na takie dziesięć, a chłopaków jeszcze było to po kawałku połamały i z tom kapustą zjadły.
ZT: A u nas było bardzo wesoło, bo mieliśmy takiego muzykanta, starszego pana. To tam chłopaki się zebrały na papierosy, na paczkę mu dały, a on cały wieczór grał nam. I to było naprawdę wesoło.
JF: Tak w domu było siedzieć jak i tu grać.
MG: A ten muzykant na czym grał?
ZT: Na akordeonie
MG: Tańce były przy tym?
ZT: Ach tak, warstaty, te kołowrotki pod ściane i tany na środku chałupy.
JF: Jak kto umiał.
ZT: Ale jak się poszło to trzeba było umieć prząść, żeby szpulkę uprząść. Co drugi ząb, bo mama pyta: - Uprzędłaś? - No cała szpulka uprzędziona. Patrzy no tak szpulka, a tam co drugi ząb uprzędziony. Nie ma co ząb uprzędzione, tylko co drugi, na mijano, żeby prędko uprząść, żeby był dla rozrywki czas. A jak jedna wzięła, miała pióra i z piórami była, darła pióra a, żeby zedrzyć te pióra, nie zdarła, bo nie było kiedy, bo się wszyscy bawili to i ona. To wzięła pióra w śnieg wsadzała garście, a tu najeżyła trochę piór, że już ma cały garnek. Zaniesła, wsypała do beczki te pióra no i zdarła. Śnieg zginął, złodziej wyszedł, bo pióra pod płotem. Mama:- Na drugi rok pójdziesz ty z piórami! To było, różne hopki były robione.
JF: To było kiedyś wesoło, bo jak te przundki chodziły, to przecież to było, rozrywka, naprawdę była rozrywka. Tera to już, żeby nie wiem jak, jedne tylko telewizory su i to jedna do drugiej nie zajrzy, bo nie ma kiedy.
ZT: A to nudne.
MG: A ile trzeba było mieć lat żeby już na prządki iść?
ZT: No czternaście lat, już od czternastu lat robiły w wieczór. Lekcje odrobiły, a na wieczór już szło.
JF: No, ale tak specjalnie to nie, tak przy kimś, przy tych starszych to tam śmy tak chodzili, ale tak to jeszcze jak lekcje się odrabiało to jeszcze nie bardzo pozwalały iść.
ZT: Nie bardzo, nie, nie jeszcze.
JF: Bo chodziło, żeby szkołe pilnować, ale tak jak już przysły przundki do siostry albo do kogoś no to już się tam siedziało. Jak ja mała byłam to płakałam, żeby mi mamusia jeszcze dała kołowrutek, to taki stary dała mi korowrutek i tych wirzchołków dała mi do przędzenia, bo ja też musiałam razem w rzędzie siedzieć z samymi przundkami, no bo to było dziecko, ale to była taka tradycja, trza było siedzieć. Jak zacełam przunść to tam paluszkiem trzymałam mocno, a to paluszek młody, jak się zaczęło prząść, uprzędłam te paro zębów, a tam tak leciało i grubiej i wolniej i cieniej, jak tam popadło bo przecie tam wiedziała matka, że to nie będzie do zużytku tylko do spalenia. Ale godzina dziewiunta, czy tam dziesiunta, już mi się palec wyprządł, że już mi tu krew leciała z paluszka, bo to cieniutko skórka, a to były te kolce, jeszcze te pakuły, z samymi łuskotkami były, to najgorsze były. No i w płacz i zawinęła paluszek, posłam spać i skończyły się.
ZT: I po przondce.
JF: Ale musiałam przesiedzieć z niemi bo inaczej to nie. Nieważne było. I tak się naucyłam.
MG: No a jakieś pieśni panie pamiętacie, jakie na prządkach się śpiewało?
JF: No te pieśni, no może tamtych pieśni nie pamiętam się dobrze, ale czekaj jak toto było
ZT: Szła dziewczyna…
JF: A, …koło młyna, to terajsze
Szła dziewczyna koło młyna
Szła dziewczyna koło młyna
Robić jej się nie chce
Gdy spogląda na słoneczko
Czy wysoko jeszcze
Nie wysoko ji nie nisko
Chwała Panu Bogu
Wzięła sobie poduszeczkę
Poszła do ogrodu
W tym ogrodzie, w tym ogrodzie
Trzy wianki uwiła
Jeden sobie, drugi jemu
Trzeci powiesiła
Powiesiła, powiesiła
W sieni nade drzwiami
Gdy spojrzała na wianeczek
Zalała się łzami
Latka moje, młode lata
I piękna uroda
Przeminęły, przepłynęły
Jak ta bystra woda
Przepłynęły, popłynęły
Jak ta bystra woda
W sadzie przy drodze
W sadzie, przy drodze
Między jabłoniami
Wtenczas panny kochać
Wtenczas panny kochać
Jak jesteś pijany
A jak otrzyźwieje
Serdecznie żałuje
|: Przez cztery niedziele
Przez cztery niedziele
Na serce choruje :|
Trzeba się zapytać
Mądrego lekarza
Kiedy panny kochać
Kiedy panny kochać
Z rana, czy z wieczora
Rano ją pocałuj
Żeby pamiętała
|: Wieczór ją pokochaj
Wieczór ją pokochaj
Żeby dobrze spała :|
JF: uoj, to tam tych piosenków jest, ale to starodawne, ale z tamtych, co tam śpiewały kiedyś te nasze, tego, to już my to tego, trudno pamiętać.
ZT: To „Stoi oset koło płota” to jest starodawna piosenka, ale ja jej całej nie pamiętam.
MG: To pani Zosiu tyle ile pani pamięta.
Stoi oset koło płota
Stoi oset koło płota jeszcze nie tykany
Nie rozmawiaj grzeczna panno z kawalerem wiele
Bo kawaler, bo kawaler ma [niezrozumiałe]
Nie oszukasz żadnej panny kawalerom wzięto
ZT: nie umiem dalej, nie pamięm dalej, tyle […] my śpiewałyśmy, właśnie w Adwencie śmy się uczyły weselnych śpiewać, bo później był już karnawał to wszystkie weselne piosenki śmy śpiewały. Tak jak śpiewaliśmy zawsze najczęściej:
Przez ten Bałtów wieś
Przez ten Bałtów wieś jest tam piesa jest
|: Udeptała ją Kasieńka co nosiła jeść :|
Jeść mu nosiła, Boga prosiła
|: Dopomóż mi mocny Boże bym Twoją była :|
Ja będę Twoją, a ty będziesz mój
|: Pamiętajże grzeczna Kasiu z innymi nie stój :|
Ja będę stała, i rozmawiała
|: Bom od ciebie mój Jasieńku słowa nie miała :|
JF: no i tyle.
KOŁOWROTKI I WARSZTATY TKACKIE
MG: Jeszcze chciałam zapytać o te warsztaty właśnie i o kołowrotki? Kto to robił? Skąd się brało? Od kogo?
ZT: U nas robił Pan Osiak.
JF: A to kołowrotki.
ZT: Kołowrotki
JF: Kołowrotki robił.
ZT: A warstat to mój tatuś zrobił mamusi warstat.
JF: Przeważnie każdy gospodarz kiedyś umiał, każdy gospodarz. Snowadlo, tak jak mój uojciec też, było to, matka się nie prosiła. I snowadlo, i do nawijania, i do warstacików robić na te nicielnice, na to, wszyściusieńko zrobił, wszystko jej zrobił sam i warstat to był naprawdo. Jak tam już fachowiec jak zrobił no to może tego, ale jak tam niektórzy może dokładnie nie zrobili to tam skosa troche się robiło. Ale w każdym mieszkaniu był po jednym, po dwa warstacie było kiedyś, bo to tylko z tego żyły. […] Same mężczyzny zrobiły. A jak już był tam taki niezdara, co nie umiał zrobić to sumsiad, albo ktoś z rodziny zrobił. Ale każda jedna kobieta musiała prawie mieć warstat.
[…] ja ten warstat to dostałam po prostu, bo ja swój to zaniedbany był, te samo, i jak się ożeniłam to później uojciec wyrzucił go na tego i to było, a zresztą to i wcześniej nie robiłam tego to wyrzucił i to zgniło zatem. Później dostałam w prezencie drugi warstat od takiej pani. Sama ona mówiła, taka Michalakowa się nazywała, mówi: „Ja już nie będę robić, a ty – goda - dobry warstat robisz”to, jak później do tych twórców należałam (Stowarzyszenie Twórców Ludowych) bo przedtem to nie robiłam, a później jak należałam do tych twórców to znowu trza było odnowić bo i gospodarka i dzieci były to nie miałam kiedy zrobić, a później to robiłam na tem. A tam co teraz miałam to sprzedałam ten warsztat bo już przecież poszedł do Chełma.
ZT: Twój warstat posedł do Chełma, a mój poszedł do Wojciechowa.
JF: I uparła się Pani żeby sprzedać. I przyjechała, sprzedałam, wzięła. Miałam już nie robić przecież, bo już takeś my mówili że nie będziemy robić, już kuniec. No i jeszcze się okazało, przeprosiłam ten co ma sto paro lat, przeprosiłam i jeszcze robie na niem. Teraz się zepsuło co nam się złomała ta, ale teraz w domu już sobie to założyłam, przerobiłam dwie prążki i rozleciało się to i sama sobie zrobiłam, tam listewką. Teraz to aby zięć mi przewiercił dziurki i tego bo maszynką nie umiałam elektryczną tego zrobić, a drutem mi się nie chciało przepalać tych dziurków. Zrobiłam se sama i dalej se robie, znowu będzie jeszce na jakiś cas.
MG: Zdarzało się tak, żeby mężczyźni robili na warsztacie?
JF: Tak, tak o tej sąsiadki mojej co poszliśmy żeby przyszła jak nie tego, to mówi, godo:„Nie, bo jak mąż przyjdzie to on, bo on to wszystko nawija i tego i robi na warstacie to uon będzie robił.” A tera jak się słyszy po tych to jak nieraz my te pasiaki robiemy to mówieli: „uO mój uojciec toto robił, bez przerwy te pasiaki robił. […] Tylko, że kto był chantny, bo ta, co jej mąż robił to jeżeli byłaby chatna ta pani to na pewno by nie pozwoliła mężu robić tylko sama by zrobiła, ale jak była jakaś lepka, albo coś nie umiała, nie chciała się podjąć do tego no to mąż zrobił i było tak i tak i tutaj było w tych gospodarkach jak my śmy byli.
PŁOCHY I OSNOWA
MG: A płochy to skąd się brało?
JF: Płochy to się kupywało.
MG: Gdzie się kupowało?
ZT: W Rykach.
JF: Też był u nas taki Sikora Julek co robił, poprawiał, ale żeby taką całą zrobić to nie. Ale to było masowo tego. Gdzie nie poszła pani, czy w Rykach, czy gdzieś to masowo tego było.
MG: Na targu też tak można było kupić?
ZT: Tak, tak.
JF: I dziś jeszcze można kupić płochów. Tylko każdy z takich babków majo jeszcze tam na strychach. Nicielnice to już zjedzone są uod myszów, uod moli, od tego, a płocha to jeszcze jest dobra. […] Ta Tadzia Kędziorowa to jeszcze mówiała: - uOj weź sobie ode mnie, weź. A na co mi to i ja mam pełno płochów. Tylko już takie niezdatne so bo kiedyś to tak i w dwudziestko się robiło i dwadzieścia cztery i dwadzieścia dwa i dwadzieścia sześć się robiło.
ZT: I uosiemnaście.
JF: No osiemnaście to już było całkiem na takie worki rzadkie było […] a najlepsze to było to cienkie na dwadzieścia osiem, to już było, na dwadzieścia sześć, dwadzieścia osiem.
ZT: Brat przyjechał i przywiózł mi wełne i mówi tak:
- Potrzebno mi - bo miał dwie córki - potrzebno mi cztery kilimy, zrób mi cztery kilimy.
Ja mówię: - Staszek wszystko zrobię, ale ja nie mam snowadli, na czym osnuć, bo mi się snowadla rozleciała. Zepsuła się w drabiazgi.
- A masz towar na te snowadle?
- no mówię mam, no co towaru nie ma, cztery kije i snowadla.
- A gdzie masz?
- No w szopie są.
- No to chodźmy. Znasz wymiar?
- No pewnie że znam.
- Na pamięć?
No mówię: - Na pamięć ci znam.
Wyrysowałam mu na papierze snowadle, wziął siekierkę i za godzinę czasu zrobił mi snowadle. - Teraz mi nie powiesz, że nie masz na czym osnuć.Bo chciał te kilimy żeby mu zrobić. No i zrobił mi snowadle ja na drugi dzień osnułam i zrobiłam mu te kilimy, bo mu zależało, bo to na prezent miały być. Z tym, że wszystko gotowe mi przywiózł. W kłębkach zwinięte, w kolorach, wszystko, aby robić. No to zrobiłam mu te kilimy i snowadle miałam do tej pory. I właśnie ta Pani co kupiła z Chełma od niej warstat, a ode mnie to snowadle wzięła. W dobrym stanie bo to nie była scheblowana, nie była wydelikatniana, tylko była spod siekiery. […]
MG: Na wąskie chodniki to jaka płocha?
ZT: Dwadzieścia cztery.
JF: Tak tylko, że to nie idzie co każda treść, tylko co trzecia nitka jest i przez to rzadkie, tak jak na druga stronę pan przekręci, zobacz pan jakie to rzadkie jest. To trzeba było grubsze nici, ale żeby dwadzieścia cztery, ale co czwarta treść przełazi.
ZT: Dlatego, bo to jest, rzadko musi być bo to by włos nie wyszedł. Skórka by nie wyszła. […] musi być bardzo rzedziutko robione, dopiero ten włos wyjdzie. […] Ja to skórki zdobyłam jak kasowali w Kurowie, i to takie cienkie te skórki. […] i nie trzeba było wcale prania. Wytrzepie, pójdę i to lata.
JF: Jak kilimy wełniane to wytrzepać.
ZT: Na śnieg, czy tam kiedy śnieg padnie to wtedy na śnieg wywrócę, wydepcze, wydepcze albo wytrzepie w śniegu i to wszystko się upierze mi. […]
MG: Jak tą osnowę zrobić? Jak to się liczy? Jak jest płocha powiedzmy 24?
JF: Pani kochana, ile ma płocha gunków tyle trza stawiać w nią. Bo jak pani zostawi jeden gunek, czy dwie to się umina płocha i jest niezdatna, psuje się. Bo uuna wtencas ściąga i się psuje. Tylko tyle czy jest dwadzieścia jeden, czy jest dwadzieścia cztery czy, dwadzieścia sześć to trza już w cało płocho snuć.
MG:i to po jednej nici?
JF:Tak. Bo takie płótno jak na tamte lniane szło to szło dwie nitki w jedną treść. Bo szło cztery nicielnice, a teraz śmy poodyjmali to idzie dwie nicielnice i jedna nitka idzie w każdą treść. Bo musi być rzedsze, a tamto musiało być dubeltowe to musiało być takie gęściutkie.
ZT: Najpierw jak się zaczyna robić to trzeba przeliczyć sobie płoche. Wtedy dopiero się wie na ile, bo my to już pamiętamy, która ma dwadzieścia cztery, która ma dwadzieścia sześć, która ma dwadzieścia. To pamięta się, ale ci co nie pamiętają to trzeba se przeliczyć. To tam jest po osiem nitki, taka zwana gunek.
JF: Gunek, tak, pół gunka jest osiem.
ZT: I my sobie bierzemy to, jak się kupi nowu płochę gunkujemy. Przegunkujemy to wszystko wiemy jaka ta płocha już jest. […] Bierze się, pani mówi że płocha ta dwadzieścia cztery, jak przędziemy to przędziemy grube nici po jedenaście pasmów na motek, take. Trzydzieści dwie nitki w paśmie. To wiemy ile ma metr już cały ten motek. Wtedy dopiero to, ile tam sześć, siedem takich motków mamy. Zbijamy te metry razem ile ich jest. Bo ja to na metry, bo ta to robi znów na gunki, a ja na metry. I wtedy widzę ile mam sześćset metry, czy pięćset metry. Dzielę to na tą płochę i wychodzi mi suma na ile metry mam snuć. Czy snuje na dwa metry materiału, czy snuje na dziesięć metry materiału, czy snuje na osiem metry materiału. To ja tak mnożę sobie, a ona znów inaczej robi. Ona na motek.
JF: Na motowidle to na cztery, cztery metry z motowidła to wychodzi mi, zakładam sobie taki smolok, kawałeczek smatki, albo jakiś nić wełny i to od tego do tego mam cztery metry.
ZT: A ja jestem ciemna.
JF: Bo ty inaczej byłaś naucona
ZT: Ja jestem ciemna, na smoloki ja nie rozumiem nic i razem robiemy, ale więcej robimy na metry. Jak wyliczę na metry, tak w końcu jak kupie metry, pięćset metry kupie szpulkę to sobie liczę na jaką płochę ja mam robić. Aha, będę robić na tą, na pięćdziesiąt sześć, to mi wyjdzie co, pół metra materiału tylko, z pięćset metry. Bo tak mi wyjdzie, bo idzie w szerokość, a w długość idzie krótko. I to właśnie to się tym mierzy. A koleżanka robi inaczej, ale wszystko to idzie na jednakowo wyjdzie.
JF: Bo na warstacie nie ustąpi.




