Medynia Głogowska
Naturalne pokłady gliny w Medyni Głogowskiej i okolicach stały się motywacją ludności wiejskiej do zakładania pracowni garncarskich. Od XVIII wieku produkcja opierała się głównie na wyrobie ceramicznych dachówek i cegieł. Największy rozwój garncarstwa notowany jest w Medyni w XIX wieku, kiedy to wieś i okolice zamieszkiwało około 120 garncarzy. Po drugiej wojnie światowej produkcja odbywała się już głównie na rynek Cepelii, której rozwiązanie przyczyniło się do upadku wielu zagród garncarskich. Garncarstwo było obecne również w szkole, gdzie założone zostało kółko garncarskie. Obecnie rolę edukacyjną dla uczniów szkoły i osób zainteresowanych spełnia Izba Garncarska znajdująca się przy szkole w Medyni Głogowskiej.
Glina stosowana przez tutejszych garncarzy to glina siwa i piecówka. Glina siwa to glina tłusta, zwykle o niebiesko-popielatym odcieniu. Bardzo plastyczna i dobra do wyrobów. Piecówka to glina piaskowata, stosowana jako domieszka do gliny tłustej, sama nie nadaje się do wyrobów.
Naczynia w Medyni pokrywane są glazurą przygotowaną tradycyjnie z mini ołowianej, a obecnie stosowana jest gotowa polewa zakupiona w sklepie. Naczynia polane minią stają się błyszczące i mogą być używane w celach spożywczych.
Wyroby garncarskie należały głównie do grupy użytkowych, dzielących się na siwaki i ceramikę czerwoną, z której możemy wydzielić biskwit i naczynia glazurowane. Kształty naczyń zależały od ich przeznaczenia – służące do przechowywania kaszy, mąki, mleka, do kiszenia ogórków. Wyrabiano dzbany, misy, donice, doniczki z dziurką, garnki, bańki.
Medynia, Zalesie, Pogwizdów - tu spotykamy jeszcze garncarzy m.in.: Władysławę Prucnał, Jana Jurka, Andrzeja Plizgę.
Sylwetki garncarzy:
Jan Jurek
Nazywam się Jurek Jan. Urodzony w Zalesiu, ożeniłem się w Medyni, zamieszkały jestem w Pogwizdowie. Od dziecięcych lat pracowałem w glinie. Dawniej warunków nie było po wojnie się szkolić, nikt nie miał pieniędzy, to tak siedem klas się skończyło i już w siódmej klasie żem pracował. Bo w siódmej klasie to tata sprzedał mi te donicki, to już na ubranie zarobiłem. Za moje donicki co wypalił, sprzedał i od tamtych lat pracowałem, pomagałem ojcu. W 1949 roku powstała Cepelia. Już do Cepelii tato oddawał towaru więcej, i [chciał] żeby za cłonka [iść], to już w 1955 roku zostałem cłonkiem w Cepeli zapisanym jako pracownik i pracowałem do upadła. Cepelia upadła w 1992 czy 1993 roku to starsi poszliśmy na emeryturę, a młodsi zrezygnowali z pieców. Medynia, Zalesie, Pogwizdów to były trzy wioski, które z tego żyły. Po wojnie, przed wojną było 160 chałupników. Z dziada pradziada, dziadkowie, pradziadkowie robili ojcowie i ja, po mnie robi syn.
Najpierwsze moje naczynia to były robione donicki. Bo wtedy szalony zbyt był na donicki. Ogrodników było coraz to więcej, i doniczka nie musiała być taka ładna. Byle dziurka, ogrodnik wziął, wsadził kwiatki, cy szczepionki i sadzili. Przeważnie chryzanteniaki. Chryzanteny sadzili to już były z dziurą, dno wyżynane, i tak ogrodnicy doszli do tego, że zaraz szczepionkę wkładał i z tą donicką wkładał w polu. Robił dołecek i tę donicke wkładał. W tej doniczce ona rosła w polu, także na Wszystkich Świętych wyciągał z donicką i ona wcześniej mu się rozwijała. No bo gdyby wyciągnął ją z korzenia, przesadził, to korzenie już są oblewane, bo już zruszone są. A tak to korzonki były wszystkie w doniczce. Wtedy roślina nie bolała.
Po wojnie to był garcek gliniany przeważnie. Oni sprzedawali te garcki, zanim Cepelia powstała, to z temi garckami jeździli tak po rynkach, po wioskach jeździli, bo tam u nas gleby były bardzo nieurodzajne, nawozów nie było, był obornik tylko, a tem obornikiem to nie nawiózł. Jest glina, iłka, nieprzepuszczalna gleba. To jechali po tych bogatszych wioskach, tam gdzie lepsze gleby były, urodzajne, to sprzedawali ten garnek za pieniążki, a jak nie to na wymianę szło. Jaki był garnek duży to tyle dostali zboża, cy grochu, cy jakiej kaszy. Wymieniali to na przykład, to jak sprzedał, jak jeździł trzy, cztery dni furmanką, wynajmował furmankę, to jak przywiózł i zboża i pieniążków trochę i dalej siadał i robił. A później jak już Cepelia powstała, to i rynki się otworzyli. Po rynkach jeździli wtedy. Wtedy można było żyć z tego, lata 60-te, 70-te. Dopóki Cepelia istniała.
Glinę bierzemy, tu są tereny gliniaste. Kopiemy, cy za szkołę, cy za stodołę glinę ukopiemy. To jest glina tłusta, która się nazywa ił. Ale ze samej tej gliny tłustej robił nie będzie, trzeba dodać drugiej glinki. Glina druga się nazywa piecówka, chuda taka. Przeważnie w lasach jest, to już z tych lasów nie miał każdy jeden, bo nie jest taki bogaty to jeden u drugiego kupował tą piecówke. To jak się zmówiliśmy casem to poszli my wyplantowali, czyściliśmy tam w ten dół, to wtedy można było i nabrać ze dwadzieścia metry głębokości tej piecówki, także wiadrami nawet na sznurach była wyciągana. (…) Później ten dół to trzeba było zawalić. Glinę najlepiej ukopać na zimę było. Bo glina jak przemarzła to wspaniale się robiło. Ale jak brakowało to i latem jechało się i ukopało. Przeważnie na zimę myśmy kopali, wrzuciło się pod pracownię, to glina przemarzła, no i na wiosnę się robiło. (…) Dawniej ojcowie strugali strugiem glinę. W rękach było mieszane, takie no dziadowanie można było powiedzieć. Dzisiaj mamy maszynę, walce, i walcujemy silnikiem elegancko. I jak robili na kołach to kopali nogą, a teraz jest silnik, przyciskamy stopkę i jedziemy, tak jak w samochodzie. Dodamy więcej gazu to szybciej się obraca, mniej gazu to wolniej, no a raczej tak, żeby wolniutko się obracało, umiejętnie. Bo gdyby za szybko to naczynie by spadło, a za wolno to nie daje rady. Trzeba mieć wyczucie w nogach jak przyciskać tą stopką.

Takie naczynia duże jak dzbanki to jego trzeba suszyć do dwóch trzech tygodni, jego by wysuszył za dwa dni, ale on pęknie. Musi odstać swoje, wyprasować się musi. A takie małe miski na kwiaty, albo z dziurami na chryzantemy to trzy, cztery dni i one wyschły. Bo się dodawało za dużo piachu do takich donicek, one były rzadsze i elegancko wodę ciągły też z boku. Bo jak piasku dał to wodę ciągły, i te rośliny wspaniale rosły w polu. A do dzbanków to nie dajemy piasków żadnych, bo by wodą przeciekały.
Na zieleń dajemy dwutlenek miedzi do glinki białej i do czerwonej, tu są zielone, brązowe, a brąz to jest żelazo, a na niebieski to jest dwutlenek chromu. To są kolory, a potem dajemy wzorki, wysuszymy i lejemy szkliwo. To szkliwo jest minia ołowiana. I to dajemy do pieca, delikatnie żeby jedno od drugiego było tego i w piecu trzeba bardzo wysoką temperaturę osiągnąć do 1000 stopni, od 980 do 1000. To by styki były, bo się szkliwo topi. (…) My glinkę białą kupowaliśmy do malowania tych naczyń. Bo to z naszej glinki by nie wymalował tylko biała taka się nazywała łagówka ta glinka, i do tej białej glinki się dodawało dwutlenek miedzi, cy chromu i wychodziły wtedy nam kolory z tą białą, bo z czerwoną to nie wyjdą takie wyraźniutko.
Narzędzia - to nożyk do gładzenia, i drucik do odcięcia koła. Żeby z koła wziąć naczynie dobrze drucik trzeba naciągnąć i wtedy naczynie zdejmujemy, kładziemy na deskę. No dzisiaj mamy blaszkę, tekturkę, ale po wojnie to były narzędzia przeważnie z drewna. Gruszka i śliwka, bo to jest drzewo, któro nie ma zadziorów. Jak zrobił to było gładziuteńkie i mógł paluszkami zczyścić, zgładzić. Przeważnie z gruszki i ze śliwki się robiło nożyki po wojnie. I koło to spód był dębowaty, a góra to przeważnie gruszka była, żeby nie było tych zadziorów, a dzisiaj mamy jakieś tworzywo czy blaszane. A zdobienia robimy ręcznie. Żona zdobiła przeważnie, malowała. Jak uschły naczynia to malowała i na pole się wynosiło i dawało szkliwo zaraz na to i wkładało się do pieca i paliło.
No to były dwa wypały pierwsze, jak nie było pogody bo to na to musi być bardzo wspaniała pogoda, bo szkliwo odpryskuje. Przeżycka po naszemu się nazywało, przeżygnać w piecu lekutko, żeby te sadze z tych naczyń się spaliły, te czarne, tylko były takie czerwone, wtedy szkliwo się kładło na to, były pewniejsze, nie opadły i ładniejsze wychodziły. Dwa razy trzeba było palić te naczynia, takie garcki. A doniczki to przeważnie się wypalało na raz. (…) Skąd wiesz jaka temperatura? A no popatrzcie na przetopienie szkła, chyba trzeba dużą temperaturę, no to do praktyki jeśli mi nie wierzycie to wkładamy butelecke, cy z wódki, cy z piwa i cztery, pięć minut butelka się rozpływa.

Siwaki przeważnie się robiło na Zalesiu, ale robili i teraz te siwaki. A syn nawet do dzisiaj dnia robi. Siwak tak samo się paliło jak donicke, tylko jak uzyskał temperaturę, te 960 do 1000 stopni, to wtedy się kładło pełne dziury drzewa olszyny i ten piec bardzo szczelnie trzeba było wtedy zalepić. Tak żeby tym gazem, tym dymem te siwaki przeszły i one się zrobiły siwe. Siwaki nie były malowane ani szkliwione tylko jak wyschły to mokrą szmatką obmyte i robione takie kresecki. Kryski cy kwiatuszki, co tam umyślał to można było tym kamykiem pisać. Kamyk musiał być biały lub czarny i taki gładki to wspaniale pisał. To skąd wiadomo, że tam jest jakiś gaz, cy co. No to jak jest jakieś pęknięcie pieca to zapalnicką, cy zapałką to przyświeci to tak dwadzieścia centymetrów tak się pali jak gaz ziemny, kuchenny. Jeszcze tak gwiżdże do tego. To tak trzy godziny trzeba koło tego pieca chodzić żeby te pęklizny, gdzie tam ucieka ten gaz zalepić. Bo jeśli by my nie zalepili to ten gaz by nam uciekł i naczynia by nie wysły siwe, tylko by wysły takie białe. Dawniej, na drugi dzień te siwaki się odbija, wyjmowało się, węgiel taki drzewny, tak jak dzisiaj stosujemy ten węgiel na grilla, kiełbaskę co piecemy, a dawniej to przyjeżdżali do nas krawce i na rozgrzewanie żelazków ten węgiel kupowali od nas. I tem węglem były żelazka nagrzewane i prasowali.
Teraz nie wypalam, teraz pale tak raz, dwa razy w roku, ale do Cepelii to musiałem co miesiąc wypalić.
Młodzież nie chce robić. Mam syna, który robi, wnucków mam, a wnucki już po 26 lat, jeden umi robić, ale mówi dziadzio przy tem to nerwicy można dostać. No bo przy tem trzeba siedzieć, to idzie bo ma szkołę technika samochodowego to woli jechać do pracy, drugi do ciastkarni. Gdyby był zbyt taki jak dawniej to może i ta młodzież by się zachęciła. Który nie ma pojęcia do nauki to by tam robił w glinie. (…) Wolałem w glinie robić, niż tam się szkolić.




