Wywiad z Andrzejem Bieńkowskim
Zachęcamy do przeczytania rozmowy z Andrzejem Bieńkowskim, malarzem, etnografem i profesorem Akademii Sztuk Pięknych. Na Jarmark przyjechał nie tylko jako twórca filmów o ostatnich wiejskich muzykantach, ale także autor wystawy, którą można zobaczyć na ul. Olejnej.
Czy wystawa „Muzykanci” jest dopełnieniem filmu i koncertu „1000 kilometrów muzyki”, jakie mogliśmy zobaczyć na Jarmarku?
Tak naprawdę to coś innego. Robiłem te zdjęcia od 1980 r. Pierwsze z nich to slajdy na enerdowskich filmach. Nie jestem zawodowym fotografem – była to raczej dokumentacja do nagrań. Te zdjęcia to moje zbiory prywatne. Nie myślałem, że będę je kiedykolwiek pokazywał w formie wystawy. Byłem bardzo przejęty tymi ludźmi. To są fantastyczne twarze, jakich dziś już nie ma. Ja to wszystko widziałem jako malarz, a nie jako fotograf. Wielu fotografów uważa, że te zdjęcia są źle skomponowane i wcale im się one nie podobają. Ja widziałem elementy malarskie, a oni fotograficzne.
Proszę powiedzieć, kogo możemy zobaczyć na tych zdjęciach?
Najciekawsze zdjęcia z pojęcia etnograficznego to te z lat 80-tych. To muzykanci, którzy często urodzili się w poprzednim stuleciu. Ludzie, których ojcami byli chłopi pańszczyźniani i oni przenieśli te muzykę. Józef Kędzierski czy rodzina Ciarkowskich – to wielkie, sławne kapele, które szczyt swojej kariery przeżyły w latach 20-stych.
Życie tych ludzi to kawał historii i to był ostatni moment, żeby ich nagrać i sfotografować
Abstrahując od pana pracy, proszę powiedzieć, jakie wrażenia zabierze pan ze sobą z lubelskiego jarmarku?
To imponująca impreza. Udało się jej uniknąć komercjalizacji i tandety popkulturowej. Organizatorzy umiejętnie połączyli dwa światy – tradycję i nowoczesność. To bardzo trudne zadanie. Można tu odnaleźć wachlarz od tradycji po współczesność, jak kapele ludowe z mocnym brzmieniem, np. Fanfary Transylwanii. Podczas ich koncertu widziałem kilkaset osób tańczących w rytm cygańskiej muzyki.




