Nawigacja

Michał Słowiński - Recenzja koncertu zespołu Hawokwersja do druku

Jednym z zespołów, który zaprezentował swoje umiejętności podczas Jarmarku Jagiellońskiego w Lublinie, był Hawok z Anną Chruściel jako wokalistką. Nie była to pierwsza wizyta grupy w tym mieście, bo w zeszłym roku zajęła ona II miejsce na festiwalu Mikołajków Folkowych, ale, jak zauważył zapowiadający występ konferansjer, pierwszej nagrody wtedy nie przyznano.

Koncert wystartował o godzinie 20. Rozpoczął się od piosenki „Ja do lasu”. Ten najbardziej energetyczny utwór tego wieczoru zadziwiał swoim tekstem. Wokalistka informowała: „Ja do lasu nie pojadę” i prosiła: „Niech se jedzie tato sam”. Trudno jednak od piosenek ludowych wymagać wykwintnych metafor i porównań homeryckich w stylu Adama Mickiewicza… Utwór „Gaiczek” wyróżniał się z kolei ciekawą, momentami bollywoodzką muzyką.

Potem przyszedł czas na odrobinę romantyzmu. Bohaterem piosenki „Hej tam” był Janek, który tęsknił za swoją dziewczyną, mimo że „Kasia zapomniała, Kasia zapomniała, Kasia zapo”. Dzięki wokalistce do słownika języka polskiego można więc dopisać nowe słowo: „zapo”. Zresztą takich chwil, kiedy część widowni nie wiedziała, jakie słowa padają na scenie, było więcej. Stojący obok mnie mężczyzna nazwał to „językiem stalowowolskim”.

A imię z poprzedniej piosenki musiało być dla muzyków inspirujące, bo następna kompozycja nosiła tytuł „Janek”. Tym razem jednak podmiot liryczny skupiał się na dziwnie zachowujących się zwierzętach. Problemy, z którymi nie poradziłby sobie chyba nawet Doktor Dolittle, to m.in. okocona sowa i ocielona sikora. W rankingu utworów o Janach, Jankach i Jasieńkach tej piosence wiele brakuje do pieśni „Rozkwitały pąki biały róż”, ale wygrywa ona np. z „Panie Janie”.

Następnie wokalistka, wcześniej swój kontakt z publicznością ograniczająca głównie do przywitania i podziękowań, zapowiedziała ostatnią piosenkę. „Jak to ostatnia?” – to zadane na cały głos pytanie przed jednego ze słuchaczy wywołało ogólny śmiech reszty. A Anna Chruściel uznała, że jak już nawiązywać kontakt z widzami, to już na całość. Nawiązując do tytułu pożegnalnej piosenki („Kawalerzy”), spytała się, kto z widowni jest kawalerem. Mała liczba podniesionych rąk wykazała, że większość publiczności stanowili mężowie. Przy okazji dziewczyna nie mogła się powstrzymać od pochwalenia się stanem błogosławionym. Wyjaśniło się więc, dlaczego przez wszystkie piosenki siedziała na krześle. A w zawierającym trochę zbyt wiele elektroniki utworze pytała: „Po co żeście kawalerzy przyszli?” i stwierdzała: „Nie takiego kawalera trzeba”.

Ciekawym dodatkiem było znajdujące się z tylu sceny słońce z migającymi promieniami (to moja interpretacja, według matematyków mogło to być tylko koło z doczepionymi trójkątami przystającymi). Zbyt kolorowo na scenie nie było, ale pamiętajmy, że to nie był koncert Jeana Michaela Jarre’a.
Koncert miał miejsce na Placu po Farze. Zazwyczaj podobne imprezy odbywają na Placu Zamkowym, ale po pierwsze nie było zapotrzebowania na więcej przestrzeni, a po drugie tam nie było szans na stworzenia specyficznego klimatu, który pojawił się, gdy niebo stało się ciemnoniebieskie, a na stojących wokół kamienicach włączyło się oświetlenie.

Większość widzów oglądała koncert bez emocji, co najwyżej lekko tupiąc nogami, najwięcej energii wykazały osoby w przedziale wiekowym 6-12, które bawiły się skakaniem z farnych ruin. Cześć starszej publiczności przebudziła się dopiero pod koniec, ale lekkie ruchy w przód i tył nie przypominały raczej tańców z You Can Dance.

Jeśli chodzi o sam zespół, to Anka Chruściel ze śpiewem radziła sobie bardzo dobrze i pomoc dwóch kolegów była zupełnie niepotrzebna. Rolą Rogera Chruściela z lirą i cymbałami oraz Adama Krawczyka z klarnetem i akordeonem było głównie robienie show. Mnie było żal perkusisty Mariusza Dula, który siedział najbardziej schowany w głębi, ale gdyby nie jego uderzanie pałeczkami w talerze, to żaden z utworów nie miałby odpowiedniego nastroju.

Koncert skończył się po prawie czterdziestu minutach. Dla niektórych był zbyt krótki, ale pamiętajmy, że ciężarna wokalistka nie powinna się przemęczać. Zresztą lepszy zwięzłe i udane widowisko niż długie i nudne, a w przypadku Hawoku mielismy do czynienia z tym pierwszym. Myślę, że przed grupą istnieje szansa na zrobienie kariery na wzór np. Brathanków. A koncert na Jarmarku Jagiellońskim z pewnością jej w tym pomógł.

Michał Słowiński