Marcin Puszka - Relacja z Jarmarku Jagiellońskiego 2010
Dla niektórych Jarmark to folkowe koncerty na placu po farze. Dla innych stoiska na których kupić można w zasadzie wszystko. Jeszcze inni chodzą w paradach za kurą. Jednym zdaniem: dla każdego coś miłego.
Nie ukrywam że jako fan muzyki, najważniejsze na Jarmarku są dla mnie koncerty. Nie oszukujmy się: w tym roku repertuar koncertowy placu po farze był nieco uboższy niż rok temu, kiedy to można było podziwiać takie sławy jak Atmasfera czy Beltaine. Teraz organizatorzy postawili na prezentację czegoś nowego, niekoniecznie mocno znanego. Czwartkowe koncerty rozpoczęli stali bywalcy Jarmarku: HOLLOENEK HUNGARICA i ORKIESTRA ŚW. MIKOŁAJA. O ile nasza rodzima, tutejsza załoga niczym nas już chyba w życiu nie zaskoczy (choć cały czas grają rześko i z przytupem), to Węgrzy z HH przywieźli nam w tym roku niesamowicie zaskakujący i świeży repertuar. Co prawda cały czas ich brzmienie obiera się na potężnym brzmieniu dud, ale jednak jest w ich muzyce pewien powiew nowości. Holloenki grają drapieżniej, mocniej, szybciej i w ogóle jakoś tak bardziej heavy niż folk. Ludziom chyba się podobało, bo szał pod sceną zrobił się spory. 4 rok z rzędu, 4 z rzędu sukces - mają jednak Ci Węgrzy jakąś iskrę Bożą. Drugi dzień koncertów na Jarmarku należał do grupy Hawok i orkiestry z Rumunii - Fanfara Transilvania. Stalowowolski Hawok niczym specjalnym mnie nie porwał - ot skrzyżowanie ludowych przyśpiewek granych na cymbałach, lirze korbowej i klarnecie z mocnym elektro bitem. Takie krzyżówki stają się dość popularne ostatnimi czasy, ale do mnie jakoś nie przemawiają. Chyba się starzeję. Dodam jeszcze że wokalistka grupy Hawok, choć w błogosławionym stanie, czasami miała dość irytujące zachowania. A może... Chyba jednak się starzeję.
Fanfara Transilvania miała wejście mocne - przeparadowali przez tłum pod sceną po czym na nią wskoczyli. Muzycznie to taki trochę gorszy Bregovic, choć oddać im trzeba że potrafili porwać publiczność do zabawy. Zwłaszcza kiedy grali znane tematy z filmów Emira Kusturicy czy kiedy sięgnęli po prostu po klasykę w postaci Bregovicovego (a jednak!) Kalasnjikova. Cały występ Fanfar z Transylwanii uświetniał gorrrrący fire show w wykonianiu Sigillum Ignis (rozmowa dwóch dziewczyn: "ej, co oni piją żeby ziać ogniem?" -"wódkę" -"taaa, wódkę... a ja Ci mówię że benzynę...").
Sobotnie koncerty to przede wszystkim świetny występ Czess Band. Nie będę ściemniał, oglądałem ich ze względu na Maćko Korbę którego twórczość wielbię bezgranicznie. Nie zawiodłem się - dźwięk liry korbowej ciekawie zgrywał się z resztą instrumentów i był to dobry koncert. Nie można tego do końca powiedzieć o Zakarpackiej Tiacziw Banda Kapela Maniowa - zespół ten nie wiele się różnił od wykonawców występujących na scenie ludowej w dzień. Z resztą odnoszę wrażenie że Ukraińska muzyka folkowa/ludowa nie jest już dla uczestników Jarmarku żadną egzotyką (choć zdarzają sie wyjątki, ale o tym za moment). Co innego góralszczyzna w wydaniu Trebunie Tutki i Kinior Future Sound - tego Jarmark jeszcze nie widział, choć prawda jest taka że muzyka góralska od czasu medialnego przeładowania pod koniec ubiegłego stulecia nie kojarzy się dziś zbyt dobrze. Pomijając to, zabawa była przednia, bo przecież podczas takich koncertów liczy się skoczna muzyka, a takiej w omawianym występie nie brakowało.
Ostatni dzień koncertowych szaleństw to występ Ukraińców z grupy Joryj Kloc. O ile nieco sceptycznie podchodzę do mieszania folku z elektroniką, to musze przyznać że Joryj Kloc pozytywnie mnie zaskoczył. Raz że mieli sporego powera, dwa że elektronika wcale nie była tak mocno irytująca jakby się mogło zdawać. Jeśli dodać do tego dobry kontakt z publicznością i chwytliwe melodie - sukces gwarantowany. Ludzie nie puścili Ukraińców bez bisu, choć podobno kierowca zespołu nie był zbytnio zadowolony z tego faktu.
I kiedy wydawało sie ze to już koniec imprezy, nagle na scenie zainstalowali się... Holloenek Hungarica i znów dali porywający, choć krótki koncert.
Jarmark Jagielloński to jednak nie tylko koncerty, więc po krótce jeszcze to, co faktycznie jest warte odnotowania. Po pierwsze konferansjerzy Jarmarku: zarówno Przemek Buksiński jak i wspomagająca go księżna Sylvietta świetnie wykonują swoją robotę. Ciężko wyobrazić sobie Jarmark bez nich.
Tegoroczne stoiska Jarmarkowe w końcu prezentowały coś ciekawszego niż tylko zbiór przeróżnych kolorowych pierdziółek, które po Jarmarku zagracać będą nasze mieszkanie. Wśród oferowanych przedmiotów można było znaleźć ręcznie robione bębny, piękne lniane koszule, piękne kolczyki czy bransoletki a nawet stoisko z... dudami (dudami nie kobzami do jasnej cholery!!).
Ilość wszelakich grajków którzy wyszli na ulice starego miasta podczas Jarmarku również była spora. Dudziarz szkocki (w kilcie!), kataryniarz, zespoły śpiewacze z Litwy i Ukrainy a nawet orkiestra z Portugalii - było w czym wybierać jeśli chodzi o uliczne występy.
O malowniczych paradach i pochodach za kurą wspomnieć też trzeba - wszak bez nich cóż to by był za Jarmark ? A niedzielne przemieszanie się Jarmarku ze świętem wojska i występ Holloenek Hungarica na czołgu były jak wisienka na torcie. Będzie co dzieciom opowiadać.
Oczywiście nie sposób wszystkiego zaliczyć podczas Jarmarku. Trochę żałuje że nie wyrzeźbiłem sobie żadnego Swaroga ani nie nauczyłem się grać na Suce Biłgorajskiej. Wywinąłem też stanowczo za mało oberków no i, cholera, nie obejrzałem "Trzech Muszkieterów". Ale jak to się mówi, inną razą... Może za rok ?




