Nawigacja

Dziad znowu zawędrował do Lublinawersja do druku

Wśród straganów Jarmarku Jagiellońskiego, na rogu ulic Złotej i Archidiakońskiej czas cofnął się o sto lat. A to za sprawą Jacka Hałasa, który przy dźwiękach liry korbowej śpiewał melancholijne pieśni z repertuaru dziadów wędrownych. O tematyce i funkcji zaprezentowanych utworów mówi tytuł ostatniej płyty muzyka: Zegar bije – starodawne pieśni o marności tego świata, o śmierci i wędrowaniu dusz, ku przestrodze, zadumie i pokrzepieniu wyśpiewane. Artysta zagra jeszcze w ciągu dwóch kolejnych dni Jarmarku, nie przegapcie tego mistycznego koncertu, który zabierze Was do bezpowrotnie utraconego świata wędrownych dziadów!

Poniżej fragmenty wywiadu, którego Magdalenie Wójtowicz udzielił Jacek Hałas:

Magdalena Wójtowicz: Pana ostatnia płyta jak i dzisiejszy koncert prezentowały pieśni dziadowskie. Skąd u Pana fascynacja kulturą wędrownych dziadów?

Jacek Hałas: Ma dwa źródła. Po pierwsze ja jestem wędrowcem, dużo podróżuje, w ogóle tropię takie motywy. To są nie tylko pieśni dziadowskie, ale generalnie tropię wędrowne motywy. […] Zauroczyło mnie też piękno tekstów. Oprawienie poważnych rozważań w piękno tekstów.

MW: O tematyce mówi też tytuł ostatniej płyty: o marności tego świata, o śmierci, o wędrowaniu dusz. Czy w tym się zamyka tematyka pieśni dziadowskich?

JH: Takie pieśni wybrałem na płytę, ale śpiewam ich więcej. Wybrałem kilka, które dotyczą naszego bytowania tu na ziemi, pytań eschatologicznych. Większość repertuaru wędrownych dziadów stanowiły pieśni nabożne, związane z Bogiem, nasycone religijnością. I one dotyczyły nie tylko świąt kościelnych, ale ogólnych rozważań w kontekście istnienia Boga w świecie. Mniejszy procent stanowiły pieśni tak zwane nowiniarskie, czy historyczne, eposy, albo pieśni o wydarzeniach najważniejszych dla Europy, czy najważniejszych dla wsi, w której dziad przebywał.

MW: Proszę opowiedzieć o funkcji pieśni dziadowskich, które także zostały zawarte w tytule pańskiej płyty: „ku przestrodze, ku zadumie, ku pokrzepieniu”.

JH: Funkcja dziada, śpiewającego pod kościołem była dwojaka. Po pierwsze miał on poruszyć sumienia ludzkie. Teraz, jak i kiedyś, niechętnie rozmyśla się o przemijaniu i o tym, że jesteśmy tylko gośćmi przez chwilę na tym świecie. A ów śpiewak właśnie o tym opowiadał. Miał na moment zatrzymać w biegu i skłonić do refleksji. [...] Drugą funkcja, która w tej chwili już nie istniej, była modlitwa. Dziad modlił się, śpiewał te pieśni w intencjach, za które darczyńca płacił. On w pewnym sensie był takim serwisem duchowym.

MW: Dlaczego wybrał pan właśnie taki instrument – lirę korbową?

JH: IX wiek przyjmuje się za początki tego instrumentu. Potem koło XI, XII wieku wyszedł on z klasztoru. I można wytyczyć dwa kierunki rozwoju: na Zachodzie we Francji, Hiszpanii trafił na dwór, zaczął się rozwijać, przekształcać, zmienił też formę. Zaczął być wykorzystywany w muzyce dworskiej. Był popularny na tyle, że Vivaldi na przykład napisał całe koncerty na lirę korbową. A na Wschodzie instrument ten się nie zmienił, co jest dobre i bardzo ciekawe, bo tak naprawdę, to brzmienie, które ja wydobywam, siedząc tu na rogu Złotej jest to brzmienie, które tysiąc lat temu wydobywało się z tego instrumentu. Nic się nie zmieniło.
MW: Brzmienie tego instrumentu jest wyjątkowe, niewiele instrumentów posiada taki melancholijny dźwięk.

JH: […] To jest przedpolifoniczna idea grania, średniowieczne brzmienie.

MW: Bardzo mi się podobało miejsce koncertu, nie na scenie głównej, ale wśród straganików Jarmarku Jagiellońskiego, tak jakby czas się cofnął?

JH: Lirnicy zawsze rezydowali koło kościoła, albo przy cmentarzu, na skrzyżowaniu. Teraz już nie jest ten czas, ale naturalne miejsce tych pieśni jest między straganami właśnie, czy pod kościołem, czy przy bramie na rynek, na miejscu gdzie się spotykają ludzie.