Nawigacja

Dwa dni Jarmarku już za namiwersja do druku

Dwa dni Jarmarku już prawie za nami. Plac po Farze wypełnił się muzykantami, przybywają nowi goście. W oczekiwaniu na kolejne punkty programu można poznać tajniki tkactwa, garncarstwa czy kowalstwa. Dużym zainteresowanie cieszą się kramiki, oferujące tradycyjną kuchnię. W tak gorące dni pragnienie świetnie gasi kwas chlebowy.

W upalne czwartkowe popołudnie rozpoczęły się warsztaty taneczne organizowane przez lubelską grupę Belriguardo. Pod dosyć enigmatycznym pojęciem tańca dawnego kryją się saltarella, amorosa, pavany, galiardy, branie, volty, gawoty i wiele innych zapomnianych dzisiaj tańców. Anna Dudzik związała się z grupą Belriguardo prawie cztery lata temu. Poza możliwością poznania rozmaitych technik tanecznych, ma okazję poznać średniowieczne, renesansowe i barokowe zwyczaje i tradycje, dzięki czemu łatwiej zbliżyć się wyobrażeniami do codziennego życia naszych przodków.

Julia przyjechała do Lublina aż z Chin. Podróżuje, a w międzyczasie odwiedza przyjaciół. Wraz z Judytą i Igą postanowiła wziąć udział w warsztatach. Dawny polski taniec, choć tak różny od chińskiej tradycji, bardzo przypadł jej do gustu. – Jest niezwykle elegancki – ocenia Julia. – Podobają mi się gesty i postawa tancerzy, a także ich stroje – dodaje.

Do Zielonego Ogrodu GramOFFonu zawitało kino jarmarkowe. Pierwszego dnia pokazu widzowie mieli okazję zobaczyć trzy obrazy, z których każdy opowiada piękną historię.

„Fotograf Polesia” to losy człowieka, który za wszelką cenę stara się odnaleźć bohaterów zrobionych dawno temu zdjęć. Poszukiwania prowadzą go aż na tereny Ukrainy czy Wołoszczyzny. Film to inspirująca opowieść o tym, że pamięć nigdy nie ginie. Ludzie, miejsca i wydarzenia, z jakimi mamy do czynienia pozostają w nas na całe życie, kształtując osobowość naszą i przyszłych pokoleń. „Baca” Blues Grażyny Bukowej to z kolei wesoła opowieść o zamierającym dzisiaj zajęciu bacy. Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś baca miał pod sobą kilkudziesięciu juhasów wypasających dla niego owcę.

Plac po Farze zamienił się w wielką muzyczną altanę. Wiernych fanów przyciągnęła dobrze znana lublinianom Orkiestra św. Mikołaja. Do tańca zaś porwał widzów dynamiczny Hollóѐnek Hungarica z Węgier. Wieczór była czasem refleksji o ulotności muzycznych tradycji. Podczas koncertu „1000 kilometrów muzyki” scena wypełniła się śpiewakami i twórcami z rożnych zakątków polski. Twórcy ludowi kultywują niezwykle żywe niegdyś tradycje, dziś nieco zapomniane przez ludzi mieszkających w wielkich miastach.

Ruszył także teatr jarmarkowy. Daniel Arbaczewski, na co dzień aktor Teatru im. H. Ch. Andersena, sięgnął do średniowiecznej tradycji europejskiej kultury, przygotował monodram oparty na słynnej „Pieśni o Rolandzie”. Na scenie nie był jednak sam: w rolę rycerzy wcieliły się lalki, zrobione z… metalu, które aktor animował, opowiadając. Na uwagę zasługuje również aranżacja przestrzeni: niewielki podest, dzięki rozkładanym ścianom, mógł być równie dobrze królewską komnatą i polem bitwy.

Jarek Kaczmarek ze Studni O w ramach Festiwalu Opowiadaczy Słowodaję w ciągu dwóch dni pojawiał się trzykrotnie w różnych miejscach Starego Miasta, opowiadając historie, które bazują na „Pieśni o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu”, legendach garncarzy oraz Kwiatkach św. Franciszka (te rozlegały się dziś od 15 do 16 z lubelskich wież m.in. z wieży Trybunału Koronnego czy Bramy Grodzkiej). Wczorajsze opowieści arturiańskie przyciągnęły na Dziedziniec Archiwum Państwowego tłumy. Jarkowi Kaczmarkowi towarzyszyli muzycy, o oprawę taneczną przedstawienia zadbał Zespół Tańca Dawnego „Belriguardo”.

IMG_1976.JPG